W dniu 28 maja 1941 roku ojciec Maksymilian, zamknięty w wagonie towarowym z ponad 300 więźniami, zostaje przywieziony do obozu w Oświęcimiu. Jeden z więźniów wspomina: Wśród nas więźniów stłoczonych w wagonie zapanowało ponure milczenie: Kiedy pociąg ruszył, wtedy ku mojemu zdumieniu i mojej wielkiej radości, ktoś zaczął śpiewać pieśni religijne i narodowe, które wielu spośród nas podchwyciło i zaczęło śpiewać na głos. Zainteresowałem się kto jest inicjatorem owego śpiewu i dowiedziałem się, że jest nim Ojciec Maksymilian Kolbe, franciszkanin – założyciel Niepokalanowa … Pod wpływem śpiewu i opowiadań religijnych i patriotycznych Ojca Maksymiliana, ożywiliśmy się po pewnym czasie, zapominając o naszej niedoli.
Żyjąc dzień po dniu w Oświęcimiu, ojciec Kolbe, zaczął przyciągać nas więźniów do siebie, do Boga i do Matki Bożej. Nocami modlił się i spowiadał współwięźniów, choć wszelkie posługi kapłańskie były surowo zabronione. Modlił się za nazistów, wzywał też nas więźniów do modlitwy, o ich nawrócenie. Pragnął uchronić serca ofiar przed nienawiścią do oprawców. Przed jedzeniem czynił znak krzyża nad chlebem i wykonywał to z widoczną pobożnością, bez najmniejszej obawy, że zobaczy go kapo i będzie pobity. Każdym kubkiem herbaty, najmniejszą odrobiną chleba, dzielił się z innymi. Nie starał się o lepszy przydział do pracy. Szedł zawsze tam, gdzie został posłany. Wzywał, aby mieć mocną wiarę w zwycięstwo dobra.
Ojciec Kolbe często nam mówił: "Tylko miłość jest siłą twórczą.Te bóle nie powalą nas, ale zawsze powinny nam pomagać, aby być silnymi. Są konieczne, aby ci, którzy pozostaną po nas, byli szczęśliwymi….
Numer 16670 został przydzielony do pracy z zadaniem pracy przy transporcie drewna oraz pchania taczek z ziemią i żwirem. Ciężka wyczerpujaca praca, sprawiały, że często upadał. Gdy tylko upadał zaraz atakowały go poważnie gryząc psy, a essesmani kopniakami i biciem po twarzy, aż do utraty przytomności zmuszali do powstawania. W takich sytuacjach ojciec Kobe nigdy nie narzekał, zawsze zgadzał się z wolą Bożą i wolą Niepokalanej. Gdy inni - widząc go pobitego i krwawiącego - starali się mu pomóc, ulżyć, On mówił: "Nie wystawiajcie się także wy na otrzymanie uderzeń. Niepokalana mi pomaga. Zrobię sam. Nie zmogą nas te cierpienia. Tylko przetopią i zahartują. Wielkich trzeba ofiar naszych, aby okupić szczęście i pokojowe życie tych, co po nas będą...".
Obozowy szpital był zawsze pełen chorych. Także tutaj, podczas swojego pobytu, Ojciec Kolbe nie przestał pełnić swojej misji. Jeden z więźniów wspomina: Kiedy dowiedziałem się, że Ojciec Maksymilian jest w szpitalu, poszedłem zaraz, aby zobaczyć, jak się czuje (…) Po paru dniach nastąpiła mała poprawa, lecz zapalenie płuc nie było wyleczone i gorączka utrzymywała się. Jego zachowanie wobec cierpienia zadziwiało więźniów, którzy pracowali jako lekarze i pielęgniarze. Zachowywał się naprawdę jak człowiek i z całkowitym przyjęciem woli Bożej.
Mówił często: „Dla Jezusa Chrystusa jestem gotów cierpieć jeszcze więcej. Niepokalana mi dopomoże! Matka Boża zamieni na dobro wszystkie te cierpienia. Oddaliśmy się Jej, przyrzekliśmy, że zdobędziemy dla Niej dusze, przyrzekliśmy, że będziemy zawsze Jej własnością, zatem Jej powinniśmy być wdzięczni za to, że dzisiaj jesteśmy tutaj potrzebni (...) Zostaliśmy tutaj przywiezieni gratis, mamy barak dla schronienia się, nie brakuje nam kawałka chleba. Inni nie umieją pogodzić się z tym, załamują się i przeklinają, patrząc na nas, na nasze spokojne zachowanie. Wykorzystujmy więc łaskę, którą udziela nam Niepokalana”.
We wtorek, 29 lipca 1941 roku, około godziny 13, zaraz po południowym apelu zabrzmiał alarm syreny, bo brakowało jednego więźnia. SS-mani zaraz przerwali pracę i zaczęli sprowadzać więźniów obozowych na apelowy plac, aby ich liczyć. Apel wykazał, że brakowało jednego więźnia z Bloku 14ego.
Następniego dnia, po odbytym apelu, kiedy inne zastępy zostały wyprowadzone do roboty, więźniowie z Bloku zatrzymani zostali na głównym placu. Przez cały dzień pozostali pod palącym słońcem, bez jedzenia i wody. Późnym popołudniem oficer powiedział: "Uciekinier nie został znaleziony. Zatem, zgodnie z regułą, dziesięciu więźniów zostanie wybranych na śmierć w bunkrze głodowym”.
Dziesięciu więźniów zostało wybranych. Dla nich był to ostatni apel. (...) Nagle nastąpiło poruszenie w szeregu, ktoś zaczął przechodzić pośród więźniów. Był to ojciec Maksymilian. Szedł małymi krokami, aby upaść.Wszyscy drżeli, bo to było naruszenie jednego z najsurowszysch i brutalnych zakazów obozu. Wyjście z szeregów oznaczało śmierć natychmiastową. Byliśmy przekonani, że zabiją św. Maksymiliana, zanim wyjdzie na zewnątrz. Nigdy w dziejach obozów koncentracyjnych nie wydarzyło się, aby więzień wyszedł z szeregów bezkarnie. Nastąpiło coś nadzwyczajnego
- "Czego chce ta polska świnia?"
- "Chcę umrzeć zamiast niego" i wskazał ręką na Gajowniczka, który był obok.
- "Kim jesteś?"
- "Jestem polskim kapłanem katolickim"
- "Dlaczego chcesz umrzeć zamiast niego?"
- " Bo on ma żonę i dzieci".
Wszyscy czekaliśmy na to, co się wydarzy. Komendant był przekonany, że jest panem życia i śmierci. Po paru sekundach zgodził się na prośbę ojca Maksymiliana. Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło.
Niemcy pozwolili Franciszkowi Gajowniczkowi na powrócenie do szeregu, a ojciec Maksymilian zajął jego miejsce. Maksymilian był w ostatniej parze i pomagał iść innemu więźniowi. Przed bunkrem śmierci polecono im zdjąć pasiaki i drewniaki. Były już im zbędne i nie potrzebne. I tak zostali wrzuceni do celi śmierci. Zimny, szorstki, wilgotny beton, ciemne ściany, światło słońca ledwie przenikające. Tutaj właśnie ojciec Kolbe wszedł jak promień światła do ciemnej fosy.
Można powiedzieć, że obecność ojca Maksymiliana w bunkrze była potrzebna dla innych. Odbierało im rozum na myśl, że już więcej nie wróca do swoich rodzin, do swoich domów i krzyczeli, i przeklinali z rozpaczy. Jemu udało się przywrócić im spokój duszy i zaczęli się uspokajać. Z celi, w której znajdowali się ci biedacy, słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw, różańca św. i śpiewy, do których przyłączali się też więźniowie z sąsiednich cel. Gorące modlitwy nieszczęśliwych i pieśni do Matki Najświętszej rozlegały się po wszystkich gankach bunkra. Więźniowie stawali się coraz słabsi, ale modlili się, choć teraz były to tylko szepty. Gdy inni zostali znajdywani nieżywi na betonie podczas inspekcji, ojciec Kolbe wciąż się modlił.
Jego twarz oblana była blaskiem pogody, jakby znajdował się już w innym wymiarze trascendentnym. Wizja, która mogła przenikać wieczność, pozwoliła Maksymilianowi umierać spokojnie, bo on był w pełni świadomy słów: "Drogocenną jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli” (Ps 116, 15).
Był 14 sierpnia 1941 roku, wigilia Wniebowzięcia Maryi Dziewicy.
Niebo pozwoliło, aby Maksymilian umarł jako ostatni, w ten sposób mógł doprowadzić każdą duszę do godziny śmierci.
Przeniesiono ciała ojca Maksymiliana do pieca krematoryjnego w dniu 15 sierpnia, w Święto Wniebowzięcia. Podczas, gdy Kościół śpiewał tradycyjny hymn: "Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12, 1), ciało Maksymiliana zostało spalone w piecu Oświęcimia, a jego prochy zostały rozniesione przez wiatr.
SS-mani nie wybrali daty wejścia do Nieba ojca Maksymiliana. Zrobiła to osobiście jego Królowa, Niepokalana. Miłość zwyciężyła śmierć!
