• Start
  • Wspólnoty
  • IPAK Hammersmith

Instytut Polski Akcji Katolickiej w parafii Hammersmith pw. św. Andrzeja Boboli w Londynie

  • IPAK HAMMERSMITH - to najmniejszą komórka Instytutu Polskiego Akcji Katolickiej, działająca w ramach Lokalnej Polskiej Misji Katolickiej.
    W parafii pw. Św. Andrzeja Boboli w Londynie IPAK zaczął istnieć od samego jej początku, gdyż wielu parafian brało czynny udział w działalności IPAK'u. Jednak faktyczne Koło IPAKu formalne zaczeło istnieć dopiero od 6 października 2012 roku. Impulsem jego założenia była potrzeba zorganizowania specjalnej sesji IPAK'u, poświęconej Matce Bożej Kozielskiej. Uroczyste wprowadzenie członków (było wtedy 9 osób) odbyło się podczas Mszy św. odprawianej 24 listopada 2012 r., w wigilię Uroczystości Chrystusa Króla.

     

    • CELE:
    • systematyczne spotkania - odbywają się raz w miesiącu (najczęściej we wtorki),
    • omawianie sprawy bieżących kościoła i parafii,
    • udział w katechezach formacyjnych,
    • zbierane materiałów do dyskusji i tworzenie archiwum (przez piewsze lata wydawany był również Biuletyn).
      ZADANIA:
    • rozwijanie inicjatyw Akcji Katolickiej w parafii,
    • ożywianie incjatyw związanych z polską kulturą i polską tradycją,
    • angażowanie się w działalność IPAK'u na terenie Anglii,
    • udział w zjazdach i konferencjach IPAK'u
    • animowania inicjatyw duszpasterskich,
    • czynna pomoc w realizaji planów duszpasterskich,
    • ożywianie ducha apostolskiego w parafii,
    • promowanie wartości katolickich we własnym środowisku,
    • czynny udział w życiu parafii,
    • pogłębianie własnej wiary przez udział:
      • w środowych nabożeństwach do Matki Bożej Kozielskiej,
      • w czwartkowych adoracjach Najświętszego Sakramentu,
      • w adoracji Grobu Pańskiego,
      • troska o życie zgodne z nauką katolicką,
      • pogłębianie własnej wiedzy religijnej.

  • To co już było...


    • Nadzwyczajna sesja IPAKu

      Odbyła się w sobotę, 06 października 2012 r.

        Prelegenci :
      • Abp Szczepan Wesoły, wykład nt. "Maryja w doświadczeniu Kościoła wg teologii zawartej w Encyklice Redemptoris Mater" a także za refleksje duszpasterskie na temat kultu Matki Bożej Kozielskiej,
      • p. Zbigniew Siemaszko, wykład "Historia powstanie obrazów Matki Bożej-Kozielskiej Zwycieskiej",
      • Ks. Prał. Stefan Wylężek, Rektor PCM, moderowanie dyskusji oraz za wygłoszenie homilii,
        Goście specjalni:
      • Władze IPAKu ,
      • Członkom Parafialnego Oddziału IPAKu,
        Dziękujemy:
      • Rodzicom dzieci Scholi ŚWIATŁO (za przygotowanie posiłków),
      • Uczestnikom sympozjum.
      Szczególne podziękowania dla niektórych za pomoc w zrealizowaniu zamysłu sympozjum i obsługę logistyczną.

       

       

    • Spotkanie majowe (2018-05-15)

      Spotkanie majowe członków IPAKu

      Witam serdecznie, po pierwsze bardzo dziękuję Madzi za sprawozdanie [...]. Przeczytacie w nim m.in. o naszym Kongresie Wspólnot. Nadal proszę o modlitwę o gościa. Będę też wdzięczna za podrzucanie wszelkich pomysłów co do przebiegu Kongresu.

      W sprawozdaniu przeczytacie też o naszym Nabożeństwie do Św. Andrzeja Boboli (pierwsze nabożeństwo 5 czerwca ;-)
      Poniżej znajdziecie link do naszej zakładki na parafialnej stronie internetowej. Wszystko, co na niej jest (czyli umieszczenie tych informacji), to efekt pracy księdza Marka. Serdeczne Bóg zapłać!

      [...]

      Na kolejne spotkanie IPAK Hammersmith zapraszam we wtorek 19.06.
      Na koniec dziękuję Basi za przygotowanie czytań na wczorajsze czuwanie, a Marysi i Madzi za czytanie! Myślę, że to czuwanie było dobrym krokiem w kierunku bliższej współpracy wspólnot w naszej parafii.

      [...]


      Przy tej okazji proponuję, byśmy pisali IPAK-owego maila, jeśli np. ktoś potrzebuje modlitwy z powodu trudnej sytuacji itp. Niektóre sprawy będą pewnie zbyt trudne do podzielenia się, wtedy można pisać ogólnie. Chciałabym, żebyśmy mieli w sobie nawzajem modlitewne wsparcie.

      Niech w tym tygodniu Pan Bóg wylewa na nas morze niezasłużonych łask. Niech Duch Święty Pocieszyciel przychodzi do każdej naszej trudnej sytuacji ze światłem, przynosi nadzieję i moc do przezwyciężania wszelkich przeciwności...

      Pozdrawiam serdecznie!

    • Rekolekcje IPAK-u

       REKOLEKCJE dla Członków i Zarządu Rady IPAKu

      • DATA:
        • sobota, 7 marca 2015 r.
      • MIEJSCE:
        • Kościół św. Andrzeja Boboli w Londynie
      • PROGRAM:
        • 10.00 - Msza św.,
        • 10.45 - przerwa + kawa/herbata,
        • 11.15 - nauka rekolekcyjna,
        • 12.30 - przerwa + posiłek,
        • 13.00 - Spotkanie Rady IPAKu,
        • 14.00 - wystawienie Najświętszego Sakramentu i Adoracja,
        • 14.30 - zakończenie

       

    • Biuletyny IPAK Hamemrsmith

      Ponieważ zgodna współpraca przynosi efekty, udało się nam wydać trzy numery biuletynu. Był to duży nakład sił, ale się udało a zdobyte tą droga doświadczenie utrwalone zostało na papierze. Zachęcamy do przejrzenia zawartości i nabycia w naszym sklepiku wszystkich lub numer przez siebie wybrany.

      Okładka Biuletynu IPAK Hammersmith Nr 1 z 2013Temat główny numeru: „Najświętsza Maria Panna”. Materiał rozłożony został na 90 stonicach i dotknął przeróżnych zagadnień, ale przeważa tematyka Maryi. Znajdziemy w nim m.in. referaty abp Szczepana Wesołego, p. Zbigniewa Siemaszki, opisy świąt maryjnych, występujących w polskim kalendarzu liturgicznym - zobacz więcej

      Okładka Biuletynu IPAK Hammersmith Nr 2 z 2014 r.Temat główny tego numeru brzmi: „50-lecie zgonu abp Józefa Gawliny Biskupa Plowego RP”. Tym razem numer dotarł do 148 stron. Zamieszono w nim bogaty wybór pism abp Józefa Gawliny (kazania, homilie, przemówienia i zarządzenia) oraz tekstów odnoszących się do św. Józefa Oblubieńca i znanych poslkich świętych noszących Jego imię - zobacz spis tresci.

      Okładka Biuletynu IPAK Hammersmith Nr 3 z 2015 r.Temat główny tego numeru brzmi: „Dlaczego Chrystus?”. Rozwiązany został przez 14 ciekawych świadectw wiary osób, które w większości należą do naszej parafii lub są jakoś z nią związani. Poza tym zamieszczone są w nim materiały z konferencji IPAKu, która miała miejsce 7 marca br. u nas w kościele, a także postacie świętych Jadwigi - biuletyn3.pdf.

      Zapraszamy do zakupu w naszym sklepiku i lektury

       

  • Ciekawe artykuly, książki, mateiały...


    • Na terytorium wroga

      Wciągałem śmierć. Kiedyś strasznie naćpany stanąłem pod kościołem i wyrzuciłem z siebie stek przekleństw. Krzyczałem, jak bardzo nienawidzę Boga. Dziś nie wyobrażam sobie bez Niego życia. Wiem, jaką cenę zapłacił – opowiada Tomek, były muzyk blackmetalowy.
       
      Artykuł z GN 27/2014

      Całą noc piliśmy wódkę, było sporo amfetaminy – wspomina Tomek Książczak z Chorzowa. – Byłem strasznie naćpany. Doszedłem do budki telefonicznej. Stała pod kościołem. Wszedłem do niej, by nie zwiało mi ostatnich gramów amfy, którą chciałem wciągnąć. Zobaczyłem ogromny krzyż z Chrystusem stojący przed kościołem. Wyrzuciłem z siebie stek przekleństw, krzyczałem, jak bardzo Go nienawidzę. Po moim nawróceniu ksiądz powiedział mi wprost: „Krzyczał przez ciebie demon”. Wiem, że nie przesadził. Wiesz, ja mam mocne doświadczenie, że wciągając amfetaminę, wciągałem zło, śmierć. To konkretne doświadczenie. Wchodziłem na teren Złego.

      Nienawidzę

      Szybko wyrzekłem się wiary i świadomie wybrałem życie z dala od Kościoła. Rodzice się rozeszli, mama sama pracowała i nie potrafiła utrzymać mnie w ryzach. Bardzo wcześnie zacząłem słuchać metalu. Już w podstawówce wszedłem w ten świat po uszy. Zacząłem pielęgnować kontestacyjny stosunek do społeczeństwa, nienawiść, brak podporządkowania się. Oszalałem na punkcie muzyki metalowej. Gdy zobaczyłem perkusję, wiedziałem już, co chcę robić w życiu. (śmiech) Odrzuciłem Boga. Przez 27 lat życia słowo „Jezus” było pustym hasłem. Szydziłem, bluźniłem. Wszedłem na terytorium wroga, więc wpadłem po uszy w grzech.

      Tyle złych rzeczy się wokół mnie i we mnie działo, że zacząłem nienawidzić Boga, oskarżać Go o wszystko. Już w podstawówce pojawiły się narkotyki. Na początku marihuana, potem wszedłem w twardsze klimaty. Kupowaliśmy narkotyki na kilogramy, nie na gramy. Hurtowa sprzedaż. Ogromne ilości amfetaminy, kokainy. Kiedyś przeleżałem ledwo żywy, przyćpany i przepity przez trzy dni. Ocierałem się o śmierć. Perkusja stała się moim bogiem, stylem mojego życia, filozofią, wszystkim. Zacząłem grać w undergroundowych blackmetalowych, ekstremalnych kapelach, m.in. w Mors Nigra, Soulless (jej basista nie żyje, powiesił się. Tak kończą się często te historie). Satanistyczne, okultystyczne klimaty. Teksty były wprost antychrześcijańskie, satanistyczne. Nie zdawałem sobie sprawy, w jak wielkie zło się pakuję. Służysz nie temu Panu, któremu trzeba. Nic dziwnego, że nękają cię lęki, brniesz w grzech i zaczynasz się gubić… Liczyła się muzyka, teksty nie były istotne. Miałem koszulki z pentagramami, ale pamiętam, że nie mogłem ich długo nosić. Coś mi nie pasowało.

      Ciemna, ponura dolina

      Morze alkoholu, góry narkotyków. Nieustanne imprezy. Kiedy po raz pierwszy miałem powiedzieć świadectwo dla młodzieży, zamknąłem oczy i na myśl przyszedł mi obraz: ciemna, ponura dolina. Usłyszałem głos: „Wyszedłeś z doliny śmierci”. Przez 27 lat omijałem kościoły. Byłem wprawdzie w Pierwszej Komunii i raz nawet się wyspowiadałem, ale dziś widzę, że było to jedynie odbębnienie obowiązku. Żadnego żalu za grzechy. Nienawidziłem Kościoła, księży. Pan Bóg powoli zaczął przygotowywać teren pod moje nawrócenie. Zaczęło się od Słowa. W domu radio było nastawione na katolickie Radio eM. Nie wiem dlaczego. Nie umiałem złapać innych stacji? Nie wiem. Słuchałem jedynie tego radia. W czwartki leciał „Krąg Biblijny”, każdego dnia rozważanie Ewangelii. Żyłem zanurzony w świecie narkotyków, black metalu, pentagramów, koncertów, a jednocześnie nie wyłączałem tego radia. Słowo Boże zaczęło mnie trafiać, zacząłem tęsknić za czymś, o czym opowiadali autorzy audycji. Doszło do tego, że wstawałem rano, by nastawić Radio eM, ciekawy, co ten Jezus znowu takiego powie w Ewangelii. (śmiech) W tym czasie miałem przykre, bolesne doświadczenie z dziewczyną, mnóstwo rzeczy zaczęło się sypać. Powychodziło sporo brudów z przeszłości, jakieś długi. Kiedyś wieczorem po raz pierwszy uklęknąłem i pomodliłem się. W domu, w pokoju. Powiedziałem: „Jeśli jesteś taki, jak o Tobie mówią, jeśli jesteś Bogiem Jedynym, to zmień mnie! Zmień moje życie. Zmień we mnie wszystko”. Nie potrafiłem zmówić nawet „Ojcze nasz”. Powtarzałem jedynie w kółko pierwsze słowa: „Ojcze nasz, Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Bóg błyskawicznie odpowiedział na moją modlitwę. Wszystko nabrało przyspieszenia.

      Krew za krew

      Kiedyś na ulicy spotkałem Łukasza Steczkowskiego, kumpla, którego nie widziałem od lat. Zakładałem z nim pierwszą metalową kapelę. Też siedział w podobnych do moich klimatach: narkotyki, ekstremalna muza satanistyczna. Zobaczyłem go w dziwnej sytuacji. Szedł z… pielgrzymką. Odmawiał Różaniec. Zamurowało mnie, ale nie zareagowałem szyderstwem. Poczułem w sercu ogromną tęsknotę. Zobaczyłem, że jest wolny, chciałem być na jego miejscu. Zdusiłem szybko w sobie to pragnienie i pojechałem do pracy. A jednak w starej komórce znalazłem jego numer. Zadzwoniłem.

      Łukasz zaprosił mnie na spotkanie wspólnoty Odnowy przy parafii św. Jadwigi w Chorzowie. Przemogłem się, poszedłem. Wiele mnie to kosztowało. Cały się trząsłem, byłem przerażony, spocony. „Chłopie, co ty tu robisz? Co ty robisz w kościele?” – mówiłem do siebie. Widziałem ludzi wznoszących do góry ręce i czułem się bardzo obco. Trauma. Czułem się zagrożony. Ale nie wyszedłem. Łukasz powiedział: „Tomek, idź do spowiedzi”. Poszedłem. Zacząłem opowiadać o narkotykach, zniewoleniach, seksie, nienawiści, bluźnierstwach. Ksiądz zaczął coś mówić, a ja zamknąłem oczy i nagle zobaczyłem wyraźną twarz Jezusa. Takiego, jaki jest na obrazie „Jezu, ufam Tobie” siostry Faustyny. Szeptał: „Już umarłem za twoje grzechy, już przelałem za nie swoją świętą krew”. To było objawienie! Poczułem ogromne wzruszenie, płakałem w środku, na zewnątrz nie chciałem uzewnętrzniać emocji. To był pierwszy Jego dotyk.

      Nie przypuszczałem, że można spotkać żywego Boga. Nie wiedziałem, że Jego miłosierdzie jest tak wielkie. Nie wiedziałem, że On żyje w Kościele. Gdy doświadczyłem Jego obecności, przestała mnie interesować opinia publiczna, to, co powiedzą o mnie inni. Niech mówią… Słucham tego, co ludzie wygadują na temat księży, i jest mi potwornie smutno. Nie osądzam ich, bo byłem taki sam i mówiłem podobne rzeczy. Czytałem mnóstwo książek oczerniających Kościół. Znam na wylot ciemne karty jego historii. Prześladowałem Chrystusa. Byłem Szawłem. Co ciekawe, trafiłem na modlitwę do parafii w Chorzowie tydzień po moim ostatnim koncercie. Zacząłem pytać Boga: „Pokaż mi, co jest dobre, a co jest złe?”.

      Łukasz powiedział: „Módl się, by Jezus zabrał ludzi, którzy wciągają cię w grzech”. I naprawdę On zaczął to robić. Byłem dobrym bębniarzem, miałem świetny warsztat, grałem po osiem godzin dziennie. Bębnom podporządkowałem całe życie. Byłem uzależniony od amfetaminy. Grając nieprawdopodobnie szybkie, ekstremalne tempa, musiałem się wspomagać. Tak działa większość sceny amerykańskiej. Słyszałem, że jadą non stop na kokainie, więc są tacy dobrzy. Łyknąłem to kłamstwo. Był taki czas, że przez dwa lata codziennie wciągałem amfę. W pewnym momencie mój organizm zaczął fizycznie odrzucać narkotyk. Wystarczył mi już sam zapach amfetaminy, a byłem naćpany. Postanowiłem, że przestaję brać, jeszcze przed nawróceniem. Dziś widzę, że to była łaska. Wyszedłem bez większej szarpaniny. Miałem motywację: moim bogiem były bębny, a wiedziałem, że długo na narkotykach nie pojadę.

      Żyję, oddycham

      Po nawróceniu usłyszałem: „Tomek, oddaj mi to, co jest dla ciebie najważniejsze”. Nie musiałem się zastanawiać. Wiedziałem, o co chodzi. Miałem ogromne opory, przeraziłem się, że bezpowrotnie coś tracę. Płakałem jak dziecko: Boże, perkusja to całe moje życie! A jednak oddałem Mu to. Czułem, że mnie nie skrzywdzi. Po moim nawróceniu nagle zaczęli dzwonić kumple z kapel, w których grałem, i mówić, że odwołują koncerty. Wiedziałem dlaczego. Jeszcze przed spowiedzią powiedziałem im: „Ja chyba wierzę w Boga”. W świecie black metalu to śmierć. Takie hasła nie przejdą. Dostawałem mejle, w których kumple pisali, że nie będą grali z kimś, kto wierzy w Boga. Od dwóch kapel przyszedł sygnał: już z nami nie grasz. Nie martwiło mnie to. Znałem cenę. W świecie black metalu nie ma miejsca dla kogoś, kto mówi: „Wierzę w Boga”. W Stanach czy Skandynawii zdarzały się ciężkie pobicia, zemsty. To często psychopaci, nie oszukujmy się. Ludzie z wyrokami na karkach. Potrafią być niebezpieczni.

      Czy bałem się rykoszetu „ciemnej strony mocy”? Miałem modlitwę o uzdrowienie. Ksiądz powiedział: „Zły najchętniej skręciłby tobie kark”. Ale w tym samym momencie dostałem obietnicę, że Jezus trzyma mnie w swoich rękach. Wysyła aniołów, by strzegli mnie na każdej mojej drodze. Zaufałem w ciemno. Uznałem Go za jedynego Boga i doświadczam Jego realnej obecności. Wyrzucono mnie z kapel, ale nie brakowało mi kumpli, bo Jezus wypełnił sobą moją pustkę. Przez prawie 30 lat byłem więźniem, a tu nagle żyję, oddycham. Zacząłem regularnie przychodzić na spotkania wspólnoty, oswajać się, przekonywać do tych ludzi.

      Na początku nie było łatwo – totalna zmiana środowiska. Dziś rozpoznaję w tych ludziach Boga, wracam do nich, gdy jest mi źle. Często mam propozycje imprezowe, alkoholowe, koncertowe. Boję się powrotu w te klimaty. Przychodzę do wspólnoty i czuję ogromny pokój. Zostawiłem bębny. Sprzedałem je. Wywaliłem wszystkie płyty, którymi byłem zniewolony. Jeśli Jezus będzie chciał, bym wrócił do grania, wrócę. Wiesz, ja nie potrafię opisać słowami stanu, w jaki wprowadził mnie Bóg. Gdybym teraz zaczął powtarzać sobie imię „Jezus”, to rozpłakałbym się tu jak dziecko. Wiem, jaką cenę za mnie zapłacił, ile kosztowała Jego krew. Miałem mnóstwo bożków. Nie wiedziałem, że jest jeden Bóg, który jest tak dobry. Byłem martwy. Żyję.

      Notował: Marcin Jakimowicz
      Artykuł z GN 27/2014
    • Krok z Duchem Świętym

      W ostatnich miesiącach odczuwałem lęk, że bezpowrotnie tracę czas, którego nigdy nie odzyskam – mówi Jakub Kudełka, gitarzysta zespołu Reanimacja. – Teraz zrozumiałem, że gdybym Boga przeoczył, to bym Go naprawdę stracił.
       
      Artykuł z GN 13/2014

      Wyrzucał sobie, że po raz trzeci ogląda ten sam film, a mógłby ćwiczyć na gitarze albo się uczyć. A teraz, po rekolekcjach zorganizowanych przez Szkołę Nowej Ewangelizacji, poczuł się spokojny, że to nie było przestępstwo. Jakub Kudełka w kwietniu skończy 20 lat. Od roku gra w zespole Reanimacja. Pochodzi z bardzo wierzącej rodziny, uznawanej w środowisku za wzór. Ale kiedy w minioną niedzielę wrócił do domu po rekolekcjach, prawie fruwał nad ziemią z radości, że wierzy w Boga. Doświadczył działania Ducha Świętego, który dotychczas wydawał mu się pustym miejscem Trójcy Przenajświętszej. – Jeszcze kilka dni temu, kiedy widziałem na ulicy audi A8 albo rollexa na czyjejś ręce, myślałem, że takie przedmioty dadzą mi szczęście – opowiada. – Chociaż zawsze twierdziłem, że Bóg jest w moim życiu na pierwszym miejscu, wyszło na to, że to było trochę teoretyczne. Podskórnie chciałem mieć auto czy zegarek. Z tym pragnieniem byłem w pewnym sensie nieszczęśliwy. Teraz rzeczy materialne też się dla mnie liczą, ale już wiem, że nie dadzą mi takiego szczęścia, jakie przynosi Bóg. Myślałem o posiadaniu zegarka, bo zwyczajnie – jestem grzesznikiem. To było pożądanie rzeczy materialnych. One nie są złe, to tylko rzeczy, ale trzeba pamiętać, że to my nadajemy im wartość. Dobrze, jeśli stawiamy je na odpowiednim miejscu.

      – Co jest dla mnie w życiu najważniejsze? – odpowiada na moje pytanie: – Bóg, który wypełnia sensem i głębią wszystkie rzeczy. Dzisiaj cieszę się, że rano chwilę spędziłem z rodzicami, że grałem z moim zespołem, że teraz rozmawiamy. Ale przede wszystkim z tego, że mam Boga na wyciągnięcie ręki. Jego słowo w Piśmie Świętym, że mogę z Nim porozmawiać, modląc się. Czuję, że chce mojego szczęścia, pragnie, żebym naprawdę żył. Trudno to opisać. Bo jak opisać nasze najgłębsze tęsknoty? Jestem pewien, że to pragnienie „czegoś więcej” nosimy w sobie nie bez powodu.

      Prośby o obfitość

      – Od paru lat nie dawały mi spokoju słowa z Pisma Świętego, że Jezus przyszedł po to, aby dać nam życie w obfitości. Pomyślałem, że właśnie tego chcę! Co rozumiem przez obfitość? Wielość znaków, różnorakich doświadczeń. Nieraz zastanawiałem się, o co mi w życiu chodzi. Nie tak w szczegółach: że chcę grać na gitarze, występować na koncertach, ale czego naprawdę chcę, tak serio, tak głęboko. W pewnym momencie pojawiła się myśl, że chodzi mi właśnie o tę obfitość życia. My możemy Boga tylko prosić, więc Go o to prosiłem. To nie było tak, że zacząłem pościć, praktykować nie wiadomo jakie umartwienia, ale prosiłem Boga o życie w obfitości. Nie wiedziałem do końca, jak to ma wyglądać. „Nie wiem, Boże, jakie to życie, ale daj mi, ja tego chcę” – powtarzałem. Najczęściej łączę modlitwę nieformalną z formalną. Staram się rozmawiać z Bogiem jak z przyjacielem. Pod koniec dnia mówię Mu, że to było bez sensu, że za to dziękuję, tego nie rozumiem. Tak też przedstawiałem Mu prośbę o obfitość. I zostałem wysłuchany. Chcę podkreślić, że nie zrobiłem absolutnie nic wyjątkowego, co predestynowałoby mnie do takich łask, jakie otrzymałem.

      A odczułem takie poczucie bliskości z Bogiem i ogromnego szczęścia, jakiego nie przeżywałem nigdy dotąd. Nawet radość, np. podczas koncertu w Szkole Muzycznej II stopnia im. Szymanowskiego w Katowicach, kiedy wszystko mi wyszło, była czymś bardzo małym w porównaniu z tym, co czuję teraz. To nie jest ośli zachwyt, ale świadomość, że jeśli nawet przyjdą trudne momenty, gdy zawalę, zgrzeszę, to wiem, że Bóg mi przebaczy i wyprowadzi z tego dobro. Po ludzku trudno to pojąć. Zdaję sobie sprawę, że życie z Bogiem nie oddala cierpienia, nie pozbawia kłopotów ani zmartwień. Ale żyjąc z Nim, czuję sens wszystkiego. Bo Bóg to nie jest gość, który chce nam dać piękne życie, ale przedtem wymaga, żebyśmy na przykład 10 lat pocierpieli. Tak jak w sklepach chcą od nas, żebyśmy zapłacili, tak po ludzku myślimy, że i On chce, żebyśmy płacili za szczęście. Przez długi czas wypowiadając słowa „Bądź wola Twoja”, miałem w tyle głowy, że czeka mnie coś strasznego, okupienie radości przez bóle i straty. Teraz czuję, że Bóg chce dla mnie czegoś najlepszego

      Nie ogień i gołębica

      – Mój szwagier Andrzej zaprosił mnie na kurs Nowe Życie, zorganizowany przez Szkołę Nowej Ewangelizacji dla tych, którzy są w Kościele, ale chcą odnowić wiarę. Rekolekcje były trzydniowe i wydawało mi się, że już w sobotę skończyły się dla mnie. Przyjechałem jeszcze w niedzielę i okazało się, że wtedy doświadczyłem najmocniejszych odkryć. Dotąd nie wiedziałem, kto to jest Duch Święty, jak się do Niego modlić. Ci, którzy mówili o Jego charyzmatach nadzwyczajnych, wydawali mi się nawiedzeni. Nie zmieniał tego fakt, że pochodzę z wierzącej rodziny, a rodzice działają w Odnowie w Duchu Świętym, we wspólnocie Chemin Neuf.

      Nieraz kiedy ćwiczyłem na gitarze, w sąsiednim pokoju rodzice i ich przyjaciele modlili się językami. Zwykle było mi to obojętne albo miałem do tego stosunek sceptyczny. Kiedy słyszałem modlitwę o wylanie Ducha Świętego, czułem blokadę i myślałem: „Skończmy to”. Denerwowało mnie, że do kontaktu z Duchem Świętym potrzeba specjalnego wieczoru uwielbienia, śpiewów, unoszenia rąk. Mam niezależny charakter i jak słyszę, że coś mi każą, bo tak trzeba, to mnie odrzuca. Zastanawiałem się, czy Duch Święty nie może przyjść tak po prostu do mojego pokoju i wylać na mnie swoje łaski. Właśnie na tych rekolekcjach przyszedł do mnie bez fajerwerków w środku dnia, w zwykłej sali. Modliliśmy się o wylanie Ducha Świętego, a ja poczułem Jego owoce – radość i pokój ducha.

      Zwykle się je umniejsza, czekając na spektakularne charyzmaty, takie jak np. mówienie językami. A przecież bez tych zwyczajnych nie da się żyć. To nie działo się tak, że Duch Święty przyszedł do mnie na 1 minutę i 40 sekund, ale to było stopniowe uwalnianie radości, spokoju, trwające do dziś. Wcześniej prawie się nie modliłem do Niego. Nie wiedziałem, czy to ogień, czy gołębica, bo tak go przedstawiają w ikonografii. Na rekolekcjach uświadomiłem sobie, że jest osobą, a jeśli tak, to można z Nim mieć relacje. To dla mnie duża zmiana. Choć Duch Święty w Trójcy Przenajświętszej zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą. Święty Augustyn przedstawił naszą bezradność wobec Niej za pomocą obrazka. Opisał, że idzie po plaży i widzi dziecko, które do dołka w piasku stara się przelać całe morze. Kiedy powiedział mu, że podejmuje się rzeczy niemożliwej, uśmiechnęło się: „Prędzej przeleję morze do dołka, niż człowiekowi uda się zgłębić tajemnicę Trójcy Świętej”.

      Nienormalni

      Kiedy po rekolekcjach wróciłem do domu, przywitałem się ze wszystkimi szczególnie serdecznie, żeby okazać, jak ważna jest dla mnie rodzina. Razem z piątką rodzeństwa, ich mężami, żonami i dziećmi, rodzicami i babcią siada nas przy stole zwykle 17 osób. A to jest tylko skład podstawowy. (śmiech) Rodzina to jedna z najwspanialszych spraw, które dostałem w życiu za darmo. Bo najważniejsze dary dostaje się od Boga za nic, nie tak jak w naszym ludzkim życiu – za pieniądze. Niczym sobie nie zasłużyłem, żeby się urodzić w tak wierzącej rodzinie, żeby dorastać w tak wyjątkowej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Katowicach, gdzie posługują ojcowie oblaci. Rodzina to podstawa, ale potrzebne jest też życie wspólnotowe, a w mojej parafii coś takiego znalazłem, choć nadal szukam wspólnoty dla siebie. Nastolatek, jeśli znajdzie się w grupie rówieśników, która nie będzie wyznawać wartości takich jak on, będzie źle się czuł niezależnie od wsparcia otrzymanego w domu. We wspólnocie znajdujemy potwierdzenie, że nasi rówieśnicy żyją według ważnych dla nas wartości. Wtedy dostaje się od nich siłę, człowiek nie czuje się jak ktoś nienormalny. Bo wierzący w dzisiejszym świecie może być postrzegany jak nienormalny. (śmiech) Jakby spojrzeć na to z boku, to jest to ktoś poświęcający czas na modlitwę do Kogoś, kogo nie widać.

      Klęczący przed opłatkiem, będącym ni to chlebem, ni to ciałem. Wierzący w Boga, który przyszedł na świat w stajni, urodzonego przez dziewczynę, w którą tchnął Duch Święty. Wczoraj wieczorem jeszcze długo rozmawiałem z siostrą Martą i rodzicami o swoich przeżyciach rekolekcyjnych. Przyznałem, że nigdy nie doświadczyłem nadzwyczajnego charyzmatu Ducha Świętego – daru języków czy proroctwa, którego doświadczyli rodzice, ale już jestem na nie otwarty. Moja siostra Marta powiedziała, że te dary nadzwyczajne powodowały w niej lęk. I tak żeśmy się z nią trochę starli, dlatego poprosiłem, żebyśmy wspólnie zwrócili się o pomoc do Ducha Świętego. Prowadząca modlitwę mama nagle przerwała i powiedziała, że chce się teraz przeprosić z tatą. W tym samym momencie odwróciła się do mnie Marta i też zaczęła mnie przepraszać. Już samo to było ewidentnym działaniem Ducha Świętego. Trzeba pamiętać, że Bóg nas kocha za darmo. Rodzice, choć kochają bezwarunkowo, nie są idealni. Okazują dzieciom niezadowolenie, karcą je. Bóg nie cierpi samego grzechu, ale nie nas – grzeszników. Nie wiemy, czy jawnogrzesznica, która do Niego przyszła w Ewangelii, poprawiła się, ale Bóg dał jej tak głębokie doświadczenie miłości, że musiała zacząć żyć inaczej. Bez świadomości Jego miłości nie jesteśmy w stanie cokolwiek zdziałać. Teraz cieszę się, że żyję, i nie boję się o swoją przyszłość. Zwykle miewam dużo lęków. Nieraz bałem się, że nie będę już miał koncertów, bałem się zagrać coś nowego przed moim zespołem podczas próby, bo może się nie spodoba, bałem się zapraszać moją rodzinę na występy. Już tego tak nie czuję. Sam śpiewam o lękach, bo wydają mi się kluczem do zrozumienia siebie. Napisałem taki tekst: „Gdzie się podziały twe pragnienia? Przecież nie tak miało być. Strach bierze to, co jest najlepsze. Zostawia tylko przeciętności smak”. Ludzie żyją przeróżnymi lękami. Boją się odrzucenia, zdrady, wyśmiania, porażki. Przez lęki często tracimy możliwość prawdziwego życia. Dlatego trzeba pokonać lęk przed nieznanym i zrobić ten pierwszy krok. W Księdze Jozuego czytamy o przejściu wojsk i kapłanów niosących Arkę Przymierza przez rzekę Jordan. Woda zatrzymała się przed nimi dopiero wtedy, kiedy kapłani dotknęli jej stopami. 12 ludzi niosących arkę mimo obaw musiało zdecydować, że idą naprzód. Jakby wpadli do wody, to łatwo sobie wyobrazić, co by się stało. Duch Święty daje odwagę do stawiania takich kroków.

      Artykuł z GN 13/2014

    • Wojownik leży krzyżem

      Gdy się uniżasz, Bóg wylewa na całą twoją rodzinę swoje miłosierdzie. Nakłada na twój palec pierścień godności syna córki króla i zabiera brudne szaty grzechu. O niezwykłej mocy modlitwy uniżenia z ks. Dominikiem Chmielewskim, salezjaninem. Rozmawia Weronika Pomierna.

      Artykuł  z GN 27/2014

       

      Weronika Pomierna: Sobotni wieczór w klubie. Trzeba wejść do środka i podejść do osoby stojącej po lewej stronie sali. Jak wyglądałaby ta czynność 20 lat temu?

      Ks. Dominik Chmielewski: Przede wszystkim koncentracja. Na pewno nie skręciłbym od razu w lewo, ale obszedł filar sporym łukiem, żeby mieć pewność, że nie dostanę niespodziewanego ciosu. Po 15 latach trenowania karate mój umysł był przygotowany do tego, żeby w każdej chwili móc stoczyć walkę na śmierć i życie. Oczywiście nie podejmowałbym jej, jeśli moje życie nie byłoby zagrożone. Jeśli jednak pojawiłoby się realne niebezpieczeństwo, to byłbym gotowy na wszystko. Każda czynność była podporządkowana tej mentalności. Sposób, w jaki siadałem, zamykałem drzwi. Czułem dyskomfort, gdy siedziałem w restauracji i nie obserwowałem wszystkich ludzi. Dzisiaj ludzie często atakują pod wpływem narkotyków, nie czują od razu bólu. Człowiek na amfetaminie dopiero po kilkunastu sekundach czuje ból zadany przez kopnięcie na przykład w jądra. Przez ten czas jeśli wyjmie nóż, to może cię zabić.

      Na ulicy nikt nie lituje się nad tobą. Uczyłem się najskuteczniejszych, bardzo brutalnych technik – wykłuwania oczu, przegryzania tętnic, skręcania karku, ataków na najbardziej niebezpieczne punkty w ciele człowieka. Trenowaliśmy specjalny okrzyk, który na ułamek sekundy eliminuje naturalną barierę, którą ma każdy człowiek przed zadaniem bólu czy zabiciem przeciwnika. Wyobraź sobie, że trenujesz w ten sposób 2–3 razy dziennie, plus często trening nocny. Robiliśmy też specjalne ćwiczenia mentalne związane z eliminacją jakiegokolwiek lęku. Zdarzało się wtedy, że kumple, z którymi walczyłem, przerywali walkę i mówili wprost: „Człowieku, co ty masz w oczach? Nie będę z tobą walczył. Ty mnie zabijesz”.

      Nie oni jedni zauważyli tę transformację.

      Kiedyś odwiedziłem przyjaciela naszej rodziny, benedyktyna o. Karola Meissnera. Powiedział mi: „Dominik, co stało się z twoimi oczami?”. Nie wiedziałem, co ma na myśli. Byłem wtedy zupełnie pochłonięty sztukami walki. Gdy miałem 21 lat, zostałem dyrektorem technicznym ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki. Zakładałem swoje własne szkoły walki. Mimo fascynacji karate nigdy nie odszedłem jednak od codziennej modlitwy. Studiowałem filozofię i teologię, byłem animatorem w Odnowie w Duchu Świętym i oazie. Choć duchowo czułem się wojownikiem Dalekiego Wschodu, nie podawałem w wątpliwość, że chrześcijaństwo jest prawdziwe. To pokazuje, jak ważne jest duchowe zakorzenienie rodziny. Gdy moja mama była ze mną w ciąży i dowiedziała się, że moje życie jest zagrożone, oddała mnie całkowicie Maryi. Urodziłem się zdrowy. Gdy przez te wszystkie lata trenowałem rano tak, żeby mieć pełną kontrolę nad swoim życiem, w pokoju obok mój tata czytał Biblię i powierzał nas Bogu. W 1995 r. dostałem zaproszenie na wyjazd do Medjugorie. Kościół nie wypowiedział się jeszcze ostatecznie co do prawdziwości objawień, ale właśnie tam nastąpił totalny duchowy przełom, w wyniku którego zostałem kapłanem, salezjaninem.

      Jak zareagowała rodzina?

      Nie mogli mnie poznać. Doświadczyłem tam bardzo mocno obecności Pana Boga i Maryi. Pamiętam, że zaraz po powrocie zupełnie zapomniałem o zgrupowaniu dla czarnych pasów, które miałem prowadzić. Gdy przyjechałem na szkolenie, miałem przypięty do pasa różaniec. Powiedziałem: „Dzisiaj nie będzie żadnej medytacji, ale wszyscy odmówimy dziesiątkę Różańca”. Chłopcy byli w ogromnym szoku. Potem tradycyjnie pokazywałem, jak zabić człowieka na 30 sposobów, a na koniec powiedziałem, że to przecież nie o to chodzi w życiu, ale o to, żeby doświadczyć tego, że Bóg nas wszystkich kocha. Patrzyli na mnie osłupiali. Potem poszliśmy do pubu. Opowiadałem, im co przeżyłem w Medjugorie. Mówili: „Fajnie byłoby przeżyć to, co ty”. Pomodliliśmy się spontanicznie tam, w pubie, żeby chłopcy mogli doświadczyć miłości Boga.

      To byli twardzi faceci ze stopniami mistrzowskimi. Nie widziałem, żeby kiedykolwiek pękali, a po tej modlitwie niektórzy ukradkiem popłakali się. Wiedziałem, że choć praktykowali zen i różne inne sposoby doskonalenia umysłu oparte na duchowości Dalekiego Wschodu, nie doświadczali pokoju serca i miłości. Sam, gdy medytowałem, czułem się tylko pozornie spokojny. To było bardziej zobojętnianie na rzeczywistość, bycie skoncentrowanym całkowicie na sobie, choć w teorii medytacja miała prowadzić do czegoś odwrotnego. W ciągu tych 15 lat spotkałem ludzi, którzy trenowali na wysokim poziomie zaawansowania. Na zewnątrz byli oazą spokoju. Bliższy kontakt pokazywał smutną prawdę ich życia – rozbite małżeństwa, złość i irytację, niekontrolowaną agresję i egocentryzm. Środowisko sztuk walki jest bardzo skłócone, co najlepiej pokazuje, jak wygląda rozwój duchowy poprzez sztuki walki.

      A co ze stanem gotowości do walki? Nie dawał się dalej we znaki?

      Modlitwa była papierkiem lakmusowym. Już wcześniej na Mszy pojawiała się masa rozproszeń. Myślałem sobie, patrząc na innych w kościele: gdyby ten człowiek zaatakował mnie teraz tak, to tak bym zareagował. I tak przez całą Mszę. Po doświadczeniu duchowym w Medjugorie pojawił się niepokój w sercu w czasie kolejnych treningów. Trafiłem wtedy na siostrę zakonną, benedyktynkę, która po dłuższej rozmowie powiedziała mi: „Maryja ma dla ciebie wspaniały plan, ale tym, co ciebie od Niej oddziela, jest sztuka walki i to, jak ją trenujesz”. Postanowiłem zrezygnować z karate. Nie można oczywiście uogólniać, że wszystkie sztuki walki są zagrożeniem duchowym dla chrześcijanina. Zależy to od stylu, mistrza i sposobu, w jaki się trenuje. Jest ogromna różnica między np. samoobroną, sportami walki, a sztuką walki, którą ja trenowałem. To był trening całkowicie związany z duchowością Dalekiego Wschodu, nie do pogodzenia z chrześcijaństwem.

      Uczestnicy rekolekcji, które Ksiądz prowadzi, mówią o wielkiej mocy modlitwy pokuty i uniżenia. Czy to, w jakiej pozycji ciała modlimy się, ma aż tak duży wpływ na skuteczność modlitwy?

      Tu nie chodzi o pozycję ciała, choć ona też wiele wyraża, ale o uniżenie całego człowieka przed Panem Bogiem. Gdy studiowałem życiorysy świętych, mistyków, ludzi, którzy wszystko uzyskują od Pana Boga, o cokolwiek poproszą, to zauważyłem, że oni wszyscy modlą się w nocy i bardzo często leżą krzyżem. Noc jest uprzywilejowanym czasem, kiedy kosztem naszego snu wstajemy i wołamy do Boga. Bohaterowie biblijni, którzy wstawiali się za cały naród i uzyskiwali niezwykłe łaski, modlili się w pokorze i w całkowitym uniżeniu, leżąc twarzą do ziemi. Kiedyś to była normalna forma modlitwy, dziś jest prawie zapomniana.
      Kilka lat temu pomagałem znajomemu księdzu egzorcyście. Razem z grupą kilkunastu osób przez kilka lat modlił się nad dziewczyną o uwolnienie. Nic nie pomagało. Diabeł mówił jej ustami: „Kim ty jesteś, żeby mnie wyrzucić? Nie masz wiary”. Pewnego dnia spóźniłem się na egzorcyzm. Założyłem stułę, wszedłem do bocznej kaplicy, poszedłem przed Najświętszy Sakrament i usłyszałem w sercu, żebym położył się krzyżem i przepraszał w całkowitej pokorze za grzechy swoje, tej kobiety i jej rodziny. Kiedy położyłem się na ziemi i zacząłem się modlić, w kościele odezwał się ryk: „Klecho, świnio, kto kazał ci się tak modlić?!”. Gdy egzorcysta usłyszał to, powiedział, aby wszyscy położyli się krzyżem i przepraszali za swoje grzechy. Gdy to zrobili, zaczęła się prawdziwa jazda. Słyszeliśmy: „Miażdżycie mnie, nie mogę wytrzymać! Skąd wiecie, że tak trzeba się modlić?”.
      Ta kobieta w ciągu kilkunastu minut została uwolniona. Zobaczyliśmy niesamowitą skuteczność tej modlitwy. Często w czasie rekolekcji dla małżeństw w kryzysie robię nocną adorację dla małżonków. Proponuję, aby razem spędzili 30 minut, leżąc krzyżem przed Najświętszym Sakramentem, trzymając się za ręce i przepraszając Boga za grzechy, które niszczą ich miłość. Kiedyś, gdy zaproponowałem to, podszedł do mnie mężczyzna i powiedział: „Ja nie mam za co przepraszać mojej żony. Jestem świetnym mężem, nie kłócimy się, więc ja nie przyjdę na tę modlitwę”.
      Powiedziałem mu, że do niczego nie zmuszam, ale zasugerowałem, żeby to przemyślał. Następnego dnia po adoracji podbiegł do mnie, prosząc o spowiedź. Opowiadał, że żona bardzo nalegała, żeby wstał i poszedł z nią o 3.00 w nocy się modlić. Mówił, że jest zmęczony, ona nie ustępowała: „Chodź ze mną, sama nie pójdę”. Zgodził się. Położyli się krzyżem. Niewygodna posadzka – jak tu się ułożyć, żeby nie bolało? Czuł się bardzo dziwnie, liczył na sen. Po kilku minutach poczuł, że jego ciało zaczęło drżeć. Zaczęło mu się robić na zmianę zimno i gorąco. Myślał, że to zawał. I nagle wszystko zaczęło mu się przypominać. Sytuacje, gdy ranił żonę i niszczył ją swoją pychą. Zobaczył to wszystko jak na filmie. Gdy wrócił do pokoju, zaczął to spisywać. Rano pokazał mi dwie kartki zapisane drobnym maczkiem. Ten człowiek jeszcze 12 godzin wcześniej mówił, że nie ma żadnych grzechów!

      No ale gdyby ktoś leżał krzyżem na podłodze w kościele w ciągu tygodnia, zaraz podszedłby jakiś życzliwy człowiek i zapytał, co to za cyrk.

      Nie chodzi o to, żeby leżeć krzyżem i myśleć: „Ale ze mnie święty”. Prorocy tacy jak Daniel wychodzili na pustkowie. Módl się w swoim pokoju, gdy nikt cię nie widzi, leżąc krzyżem na podłodze i przepraszając Boga za swoje grzechy, za grzechy swojej rodziny i przodków. Mów do Boga prostymi słowami: „Jezu, zmiłuj się nade mną”. Ważne, żeby utożsamiać się też z grzechem tych, za których się modlimy. Prorok Daniel, mimo że w Biblii nie ma mowy o jego wykroczeniach, mówił: „Przebacz nam nasze grzechy”. Nie wywyższał się, nie modlił się z pozycji lepszego niż inni. Taka modlitwa skruszonego serca to powrót do pięknych praktyk świętych, którzy byli bardzo skuteczni na modlitwie. Pokuta ma moc łamania skutków grzechu. Grzech wyspowiadany a odżałowany to dwie różne rzeczy. Bóg mi wybacza, ale ja muszę jeszcze zadośćuczynić Jemu i ludziom. Ta symboliczna modlitwa po spowiedzi to wstęp do pokuty. Pokuta rozpoczyna się od żałowania sercem za grzechy moje, mojej rodziny, przodków. Nie musimy ich znać, choć często widzimy ich skutki. Na przykład ktoś nie radzi sobie z czystością, jest uzależniony od pornografii, modli się, ale to jest silniejsze od niego. Potem dowiaduje się, że jego ojciec zdradzał mamę. Puzzle się układają. Wtedy trzeba walczyć z duchem nieczystości przez pokutę. Znam ludzi, którzy latami nie mogli poradzić sobie z nałogiem, próbowali wszystkiego. Rozpoczęli praktykę leżenia krzyżem w uniżeniu i odrywają się od swoich grzechów w sposób nieprawdopodobny.

      Tylko czy taka regularna pokuta nie działa na człowieka dołująco? Myślimy wtedy tylko o naszych grzechach.

      To tak jak ze śmiercią Jezusa. Nie można zatrzymać się tylko na cierpieniu, zaraz jest zmartwychwstanie. Gdy pokutujesz, otrzymujesz tak potężną miłość i czułość Boga, jakiej nie doświadczasz na żadnej innej modlitwie. Gdy się uniżasz, to Bóg wylewa na całą twoją rodzinę swoje miłosierdzie. Zabiera poczucie winy, nasz lęk przed Nim, podnosi i stwarza na nowo. Wywyższa i daje nową tożsamość. Nakłada na twój palec pierścień godności syna i córki króla i zabiera brudne szaty grzechu. Nakłada na ciebie królewską szatę Jezusa. Od tej pory jesteś księciem i księżniczką. Piekło boi się takiego człowieka, stworzonego na nowo przez Boga poprzez pokutę i miłosierdzie Boże.

      Musimy być przekonani o naszej godności i wartości, którą dała nam łaska chrztu. Jeśli myślisz o sobie, że jesteś beznadziejnym grzesznikiem, to będziesz popełniał kolejne grzechy, bo to i tak nic nie zmieni. Gdy atakuje pokusa, trzeba pamiętać, że jesteś dzieckiem Boga. Zadaj sobie dwa pytania: Jak wspaniały jest mój Tata? Kim ja jestem, jaką mam niewiarygodną wartość? I powiedz sobie: Jesteś zbyt wspaniały, żeby wejść w bagno grzechu. Gdy masz świadomość, jaka jest twoja nowa tożsamość, wartość i godność umiłowanego syna i córki Króla Wszechświata, to zrobisz wszystko, żeby uniknąć najmniejszego grzechu. Pomimo że grzeszysz, musisz być pewien, że grzesznik to nie jest twoje imię. Jesteś synem i córką Boga, narodzonym na nowo w Maryi przez Ducha Świętego na wzór Jezusa! Objawiaj światu królewski styl życia Jezusa! To jest twoja nowa tożsamość, nigdy o tym nie zapominaj.

      Artykuł  z GN 27/2014

      pdf  Wojownik leży krzyżem

    • Rzecz o skrupułach

      Częstą trudnością osób poszukujących wsparcia duchowego jest problem skrupułów. Pierwszym odczuciem, którego doświadczam w spotkaniu z takimi osobami jest współczucie. Najczęściej są to bowiem osoby, które same sobie zadają ból i cierpienie. Czym jest zjawisko skrupułów, które potrafi unieszczęśliwić czasem na całe życie?
       
      [Artykuł z Jezuici.pl]
      Myśli moje są myślami pokoju a nie udręczenia
      (por. Jr 29,11-12)
       
      Zanim przyjrzymy się temu bliżej warto przypomnieć, że św. Ignacy Loyola, założyciel jezuitów, sam cierpiał na tę duchową chorobę. Miała ona miejsce na początku jego nawrócenia. I o mały włos, a doprowadziłyby go do targnięcia się na swoje życie. Ignacy był człowiekiem wielkich pragnień: marzył o tym, aby żyć tak, jak św. Franciszek z Asyżu lub św. Dominik. Chciał całkowicie poświęcić się Bogu. Ważnym etapem na drodze jego nawrócenia stała się spowiedź generalna: z całego dotychczasowego życia. Ignacy przygotował ją starannie na piśmie. Zajęła mu pełne trzy dni. Po jej odbyciu nie zaznał jednak upragnionego pokoju duszy. Na nowo zaczęły budzić się w nim wątpliwości: "Bo chociaż swą spowiedź generalną w Montserracie odbył z wielką starannością i w całości na piśmie, jak to już wyżej powiedziano, niemniej zdawało mu się niekiedy, że nie wyznał pewnych rzeczy i to go bardzo dręczyło. I chociaż znów się z tego spowiadał, nie czuł się zadowolony"[1].

      Skrupuły - kamyki w bucie

      Nazwa "skrupuł" pochodzi od łacińskiego "scrupulum" lub "scripulum", co oznacza mały odważnik stosowany do odmierzania ciężarów na wadze albo też niewielki kamyk, który np. może wpaść do buta i przeszkadzać w chodzeniu. Czasem wiemy jak trudno jest nam taki kamyk lub ziarenko piasku wyciągnąć. Mimo wytrząsania buta i ponownego zakładania na stopę już po kilku krokach okazuje się, że to, co nam doskwiera dalej chowa się gdzieś w zakamarkach obuwia.
      Skrupuły są właśnie jak niewielkie ziarenka piasku lub małe kamyczki, które po drodze naszego życia mogą zrazu niepostrzeżenie wpadać do środka i przeszkadzać nam w życiowej wędrówce. Mogą być też jak te niewielkie odważniki, które położone na szalce wagi obciążonej równomiernie wytrącają ją ze stanu równowagi. Naprawdę wystarczy nawet najmniejszy odważnik!

      Surowe wychowanie religijne

      Efektem wychowania, które otrzymaliśmy w rodzinie, społeczeństwie, szkole, a czasem niestety w Kościele jest często niezwykła surowość dla siebie i innych. W ocenie siebie posuwamy się tak daleko, jak nie ośmieliłby się tego zrobić sam Jezus! Kiedy na przykład odprawiamy rachuneksumienia często próbujemy tworzyć listy dobrych i złych zachowań. Przyglądamy się takim okresowym bilansom i w zależności od wyniku końcowego albo czujemy się z siebie zadowoleni, albo siebie przekreślamy nie dając sobie żadnych szans na poprawę.
      Kiedy uczę modlitwy według metody ignacjańskiego rachunku sumienia często po pewnym czasie zdarza się, że ktoś mówi: "Ale ja nie umiem sobie przypomnieć WSZYSTKICH myśli, słów i uczynków". W głosie takich osób słychać rozpacz, że nie mogą sprostać postawionym sobie wymaganiom. No bo przecież św. Ignacy pisze, że w trzecim punkcie rachunku sumienia należy: "Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachuneksumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków" (ĆD 43). I choć rzeczywiście jest to zachęta do uważnego badania swej duszy to jednak nie pada tam słowo: "wszystkich" myśli, słów i uczynków. I na tym właśnie polegasumienie skrupulanckie. Będzie ono dodawało coś niewielkiego od siebie do słusznie ustalonej miary. Będzie wprowadzać niewielką, ale jak istotną różnicę w ostatecznym podejściu do siebie!
      Weźmy przykład dotyczący postu ścisłego. Kościół naucza, że: "obowiązuje w całym Kościele rzymskokatolickim w Środę Popielcową oraz w piątek Męki i Śmierci Pańskiej (kan. 1251 KPK). Polega na powstrzymaniu się od spożywania mięsa i ograniczeniu się do jednego posiłku do syta i dwóch niepełnych. Obejmuje wiernych w wieku 18-60 lat (kan. 1252 KPK)"[2]. Jak najprawdopodobniej postąpi człowiek cierpiący na skrupuły? Wprowadzi niewielką różnicę! Nie przyjmie w posłuszeństwie i rozsądku powyższego przepisu, ale ulepszy go narzucając sobie większy ciężar. Na przykład nie zje żadnego posiłku do syta, albo po prostu nic nie zje tego dnia. Owszem jest to droga do doskonałości, tyle że okupiona często złym samopoczuciem zainteresowanego, a w dodatku często przerzucanym na innych! Szczere wyrazy współczucia jeśli z taką osobą mamy do czynienia na co dzień! Czy nie można zwyczajnie poprzestać na słusznie wyznaczonej mierze i to jeszcze popartej autorytetem Kościoła?
      Św. Ignacy w Regułach o skrupułach po pierwsze zwraca uwagę na to, że pochodzą od złego ducha. Po drugie zły duch dobiera je specjalnie pod osobowość dręczonej osoby: "Nieprzyjaciel zwraca baczną uwagę na to, czy dusza jest prostacka czy delikatna. Jeżeli jest delikatna, stara się, żeby tę delikatność posunąć do krańcowości" (ĆD 349). Skrupuły są więc chorobą duchową inspirowaną bodźcem złego ducha. Bazują na słabości naszej natury. A ostatecznie zmierzają do wytrącenia nas z równowagi duchowej i wrzucenia w skrajność.
      Pamiętam swój pierwszy pobyt w Tatrach i uczucia, które towarzyszyły mi, gdy szedłem wąską granią na wysokości 2000 m. Z jednej i z drugiej strony było strome zbocze. Co by się stało, gdybym tak zrobił kilka kroków w prawo lub w lewo zbaczając z wąskiej ścieżki? Na tym właśnie polegają skrupuły. Człowiek pod wpływem złego ducha zaczyna kombinować. Zamiast iść jasno wyznaczoną ścieżką próbuje zbaczać. To zbaczanie w przypadku skrupułów można nazwać równią pochyłą. Jeśli na czas nie zorientujemy się, że zaczęliśmy poddawać się różnym myślom odbiegającym od zdrowej nauki i wpędzającym nas w coraz większe wątpliwości i niuanse, wtedy taka kombinatoryka doprowadzi nas do wpadnięcia w przepaść skrupułów. Św. Ignacypodpowiada: "niech dusza stara się umocnić w słusznej mierze, aby się we wszystkim uspokoiła" (ĆD 350).

      Nie pewność, ale... miłość!

      Skrupulanci posługują się ulubionym pytaniem w rozmowach z kierownikiem duchowym: "Proszę mi powiedzieć czy to jest grzechem?". Chcą mieć pewność, że to co robią, to co myślą, to co mówią jest lub nie jest grzechem. Mówiąc jeszcze inaczej, że ich sposób bycia i zachowania nie spotka się z Boską karą i potępieniem. W swoim pogubieniu szukają... pewności. Uważają, że może dać im upragniony pokój serca. Ale wiedza nie może przynieść pokoju. Tak, jak nikt jeszcze nie upił się słowem "wino". Wiedza nie może zastąpić osobistego doświadczenia czy przeżycia. Poszukiwanie pewności jest wejściem w labirynt bez wyjścia. Nawet jeśli skrupulant uzyska odpowiedź na swoje wątpliwości po chwili pojawią się następne. I tak w nieskończoność.
      Gdzie można odnaleźć pokój serca? Odpowiedzią znajdujemy w dialogu Jezusa z Piotrem nad Jeziorem Genezaret po Zmartwychwstaniu. Jezus rozmawia z Piotrem nie tłumacząc mu co było grzechem, a co nim nie było. A przecież Piotr zaparł się swojego Mistrza! Jeśli uznać, że Jezus rozmawia o tym, co najważniejsze to odpowiedź nasuwa się sama: najważniejsza jest miłość! Jezus pytając Piotra o to, czy Go kocha podpowiada mu: "Piotrze, kochaj Mnie tak, jak umiesz!". Zwróćmy uwagę, że nie wymaga od niego, aby miłował Go bardziej aniżeli inni. Widać to jasno, gdy na koniec pyta zwyczajnie: "Czy kochasz mnie?". Rezygnuje ze wzniosłego "miłować" na rzecz zwykłego "kochać". W ten sposób Jezus zgadza się na niedoskonałą miłość Piotra. Ale właśnie dlatego autentyczną i szczerą, bo taką na jaką Piotra stać w tym momencie. To oznacza także, że nie pozbawioną w przyszłości błędów czy porażek! Po tej rozmowie Piotr nie stał się kimś doskonałym, ale na pewno stał się bardziej miłosierny! Przecież po spotkaniu i rozmowie z Jezusem jeszcze nie raz zgrzeszył!
      Wiem, że dla skrupulantów może to brzmieć jak obraza. Ale właśnie o tym pisze św. Paweł: "nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę to właśnie czynię" (Rz 7, 15). I przyznaje się do tego... święty!
      Trzeba nam z jednej strony poznawać nauczanie Kościoła. Ale sama wiedza nie wystarcza. Najważniejsza jest... miłość. Św. Paweł powie: "Gdybym (…) posiadł wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał - byłbym niczym" (1 Kor 13, 2). Lekarstwem na wątpliwości moralne i skrupuły jest ostatecznie miłość i zaufanie do Boga oraz do siebie samego.

      Po prostu jeździj!

      We wspomnianych Regułach o skrupułach św. Ignacy mówi, że doświadczenie skrupułów może przynieść pożytek duszy, która oddaje się ćwiczeniom duchowym (por. ĆD 348). Tak, Bóg jest w stanie wyciągnąć dobro nawet z doświadczenia skrupułów! Ale jakie dobro? Może doświadczasz udręki skrupułów dlatego, że... nie ufasz sobie. Bóg dopuszczając tę chorobę może chcieć nauczyć cię zaufania do siebie samego! A przecież bez tego nie da się żyć. Nie da się wykonywać zwykłych codziennych czynności jak prowadzenie samochodu, zarządzanie domowym budżetem lub wypowiadanie się w gronie przyjaciół, w pracy czy na publicznych wystąpieniach.
      Moim ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest jazda rowerem. Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że tak naprawdę polega ona na nieustannym... balansowaniu. Oznacza to ciągłe znajdowanie właściwego środka ciężkości, aby się nie przewrócić. Jazda na rowerze polega tak naprawdę na byciu w bardzo niestabilnej pozycji. Co chwilę grozi nam... upadek. A jednak kiedy mówię, że idę pojeździć na rowerze nikt nie puka się w głowę i nie mówi mi: "Co ty wyprawiasz? Chcesz się zabić?". Wręcz przeciwnie sam czuję ogromną radość z przejażdżki, a czasem zapraszam innych. I jest to świetna zabawa. Na rowerze trzeba nieustannie improwizować. I najważniejsze: nie wolno dać się przestraszyć grawitacji czy zmieniającym się warunkom: np. pojawiającym się nie wiadomo skąd przeszkodom. Coś ci to przypomina? Tak, to... samo życie!
      Nie daj się przestraszyć swoim skrupułom i pokusie bycia doskonałym! Pamiętam, kiedy jako mały chłopiec nie raz wracałem z roweru z siniakami i zadrapaniami. I dziś, kiedy to sobie przypominam czuję radość i dumę. A więc śmiało: wsiadaj na rower i ruszaj przed siebie! Nie daj sobie odebrać radości z przeżywania życia tak, jak umiesz i potrafisz. Nie doskonale, ale wystarczająco dobrze!

      Dariusz Michalski SJ - ur. 1970, jezuita, rekolekcjonista. Pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni. Współorganizuje tzw. rekolekcje internetowo-radiowe. Posługuje narzeczonym i małżeństwom współpracując z ruchem Spotkań Małżeńskich. Prowadzi blog:www.chwila.jezuici.pl Jest autorem książki: "Mądrość życia według św. Ignacego Loyoli".


      [1] Zob. Ignacy Loyola, Opowieść pielgrzyma. Autobiografia, pkt. 22, s. 21, Kraków 2007.
      [2] Podane tu numery dotyczą Kodeksu Prawa Kanonicznego. W skrócie: KPK. 
    • Tajemnica grzechu

      Kiedy autentycznie pragniemy pełni życia, musimy pamiętać jednocześnie o prawdzie naszego upadku, o tajemnicy nieprawości w nas istniejącej
      Artykuł z: m.Wiara.pl

      Konieczna jest konfrontacja z własnym grzechem, z bardzo przykrą prawdą o swojej głupocie, małości i nieprawości. Bez niej nie można w istotny sposób się poprawić. Do tego potrzeba odwagi wyrastającej z wewnętrznej determinacji, aby szukać prawdy i w oparciu o nią dojść do prawdziwego życia.

      Jednak kiedy już poznamy swój grzech, potrzeba kolejnego kroku wymagającego odwagi: wyprowadzić z poznanej prawdy praktyczne wnioski i zmienić własne życie. Okazuje się bowiem, że wiedza i postępowanie często nie mają w naszym życiu ze sobą nic wspólnego. Nie jest to jedynie problem współczesnych ludzi, ale zakorzeniony jest on głębiej w naszym sercu. Pisze o nim św. Paweł w Liście do Rzymian:

      "Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i bierze mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczę­sny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś – prawu grzechu" (Rz 7,18–25).

      Święty Paweł opisał istniejący w nas wewnętrzny mechanizm, który nazywamy tajemnicą nieprawości, a czasem grzechem pierworodnym. Nie jest on tożsamy z grzechem rajskim. Opis grzechu pierwszych rodziców ma charakter etiologiczny, tzn. jest opowiadaniem, które stara się wyjaśnić obserwowane skutki, czyli ową tajemnicę nieprawości, którą każdy może w sobie odkryć.

      Opis z trzeciego rozdziału Księgi Rodzaju w sposób obrazowy oddaje mechanizm działania grzechu i tego, czego on dokonuje w nas. Odsłania on w ten sposób prawdę tego, co jest w każdym z nas.

      Na czym ten grzech polega? Nie sprowadza się on do prostego nieposłuszeństwa nakazowi Pana Boga, czyli spożycia owocu z drzewa poznania dobra i zła. Samo przekroczenie tego zakazu to już raczej owoc grzechu. Sam grzech dokonał się wpierw w sercu człowieka. Wąż, który reprezentuje Szatana, nie namawiał Ewy wprost: „zerwij i zjedz”. On tylko zapytał: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? (Rdz 3,1). To pozorne pytanie wyolbrzymiało ciężar Bożego zakazu i w istocie przygotowywało jedynie grunt pod dalej sformułowaną wątpliwość:

      Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,4n).

      Czyli jeżeli spożyjecie, to podobnie jak Bóg będziecie mieli nad wszystkim władzę. W ten sposób wąż podważył w człowieku wiarę w bezinteresowną i szczerą miłość Boga do człowieka. W relację pomiędzy człowiekiem i Bogiem wkradł się cień zwątpienia. Pierwotna relacja „ja – Ty” człowieka do Boga zmieniła się na relację „ja – On”. To w słowach węża pojawił się zaimek „On” w odniesieniu do Boga. Od tego momentu człowiek zaczął myśleć o Bogu w kategorii trzeciej osoby, separując się od Niego. Relacja „ja – on” jest zupełnie inną relacją niż relacja „ja – ty”. Ze swojej natury jesteśmy stworzeni do relacji „ja – ty” i jedynie w takiej relacji możemy się w pełni zrealizować. Poza nią nie jesteśmy w pełni sobą. Wejście w taką relację dokonuje się przez swoiste „obudzenie się” i przez odpowiedź „ja” na wezwanie pochodzące od kogoś. Kiedy odpowiadamy na nie, w pełni „ja” rozpoczyna się żywa więź.

      Żeby lepiej zrozumieć, co się dokonało przez zmianę relacji do Boga, trzeba bliżej się przyjrzeć różnicy pomiędzy relacją „ja – ty”, a relacją „ja – on”. Bardzo dramatycznie wyraził to kiedyś ks. Tischner, pisząc: „Ciebie zabić nie mogę”. Można by to sparafrazować i powiedzieć bardziej ogólnie: „Ciebie skrzywdzić nie mogę”. Mogę skrzywdzić ją czy jego, ale ciebie nie! Póki jesteśmy w żywej relacji, nie jesteśmy w stanie skrzywdzić drugiego.

      Sprawdzono to, można powiedzieć „eksperymentalnie” w dramatycznych sytuacjach. Kiedy w latach siedemdziesiątych zaczęły się porwania samolotów i inne akty terrorystyczne, powstał problem, jak reagować wobec żądań terrorystów, którzy przetrzymywali zakładników. Nie można było ulegać ich żądaniom, ale jednocześnie bezpieczeństwo zakładników było przecież zasadniczą troską. Okazało się, że im dłużej pozostawiało się tych ludzi z terrorystami, tym trudniej było tym ostatnim zabić zakładników. Na początku terroryści zabijali zakładników bez zmrużenia oka, ale z czasem było to dla nich coraz trudniejsze, gdyż pojawiały się bezpośrednie relacje osobowe. Zakładnicy przestawali być anonimowymi postaciami, ale stawali się żywymi osobami i terroryści nie byli w stanie zrobić im krzywdy.

      Do odwrotnego procesu dochodzi wówczas, gdy kogoś skrzywdzimy. Zanim to zrobimy, musimy się od niego odseparować i z „ty” zrobić „jego” czy „ją”. Zazwyczaj u podstaw tego zjawiska stoi lęk podobnie jak w raju w stosunku do Boga. Człowiek, kiedy się lęka, może wyrządzić drugiemu bardzo dużo zła. W raju Adam po grzechu zaczął się lękać i chować przed Bogiem, a w relacji między Adamem i Ewą pojawił się wstyd i zaczęli się ubierać. Konsekwencją nieprawości w nas jest lęk powodujący ucieczkę od żywej relacji z Bogiem. Jest dla nas wielką trudnością przełamanie istniejącej skłonności do izolacji i wejście w relację „ja – ty”. Dzięki przełamaniu lęków stajemy się naprawdę inni.

      Pięknie pokazuje to przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (zob. Łk 10,30–37). Została ona opowiedziana przez Pana Jezusa w odpowiedzi na pytanie uczonego w Prawie: „Kto jest moim bliźnim?” W domyśle: „Wobec kogo mam obowiązek miłości bliźniego?”. Pan Jezus na koniec przypowieści odwrócił pytanie: Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? (Łk 10,36). Sens przypowieści streszcza się w prawdzie, że dopiero, gdy zaczynamy widzieć w twarzy drugiego naszego bliźniego, czyli naszego brata, sami stajemy się bliźnimi, czyli osiągamy właściwy poziom naszego życia. Drugi człowiek, jak widać, potrzebny jest nam do uzyskania tożsamości.

      Gdybyśmy byli w żywej relacji miłości, nie bylibyśmy w stanie nikogo skrzywdzić. Jądrem naszego grzechu jest odmowa miłości. Chyba nikt z nas nie jest bez grzechu w tej materii. Każdy z nas w jakiś sposób grzeszy separacją,  przez którą nie podejmujemy wezwania miłości, jakie się pojawia w naszym sumieniu. Każdy z nas na co dzień zdradza miłość. Niewątpliwie w relacji z drugim człowiekiem znajdujemy w życiu mnóstwo powodów, dla których możemy się do niego zdystansować. Czy to dlatego, że nie powiedział całej prawdy, że coś powiedział albo zrobił nie tak, jak byśmy tego chcieli, bo powinien coś zrobić, a nie zrobił…. Powodów, które dają okazję do zdystansowania się, jest bądź ile, a jeżeliby nie było prawdziwych powodów, to możemy je łatwo wymyślić. Tak jak wąż w raju skusił Ewę, tak może i nas omamić.

      Pewna chińska anegdota opowiada o człowieku, któremu zginęła siekierka. Ponieważ nie mógł jej nigdzie znaleźć, zaczął podejrzewać, że ją ktoś ukradł. Od razu pomyślał o swoim sąsiedzie, którego bardzo nie lubił. Patrząc na niego z daleka, myślał sobie: Czemu on jest taki zadowolony? Czy nie dlatego, że mi ukradł siekierkę? Czy tak się nie zachowuje złodziej siekierki? Tak sobie chodzi, jak gdyby nigdy nic, a w duchu się ze mnie śmieje!... Tak myślał do wieczora, kiedy to znalazł ją tam, gdzie ją schował poprzedniego dnia. 

      Patrzenie na drugiego przez pryzmat insynuacji powoduje, że widzi się go przez pryzmat uprzedzeń. Ksiądz Tischner napisał kiedyś, że ranimy się wzajemnie swoimi ranami. Rany z dzieciństwa najczęściej stają się powodem ranienia własnych dzieci. Zranienia są czasami przenoszone z pokolenia na pokolenie. I tak na przykład dzieci alkoholików bardzo często też zostają alkoholikami i w ten sposób krzywdzą swoje dzieci. Takie powielanie się ran jest tragiczne. Wbrew logice wielu ludzi nie uczy się na swoim przykrym doświadczeniu i powiela błędy, których sami doświadczyli na własnej skórze. I tak ranimy innych własnymi ranami. Dosyć dobrze pokazuje to film „Pręgi”, w którym bohater, syn ojca tyrana, sam tyranizuje innych. Uwolnienie następuje dopiero przez pozostawione na taśmach magnetofonowych świadectwo  jego ojca i miłość do kobiety.

      Na podobnej zasadzie to, co jest naszą słabością, najbardziej nas boli u innych. Zwykle też projektujemy na innych to, co jest naszą – najczęściej nieuświadomioną – złą skłonnością.

      Jeżeli nie jesteśmy świadomi działającej w nas tajemnicy nieprawości, to cały czas będziemy mieli „słuszne” pretensje za spotykane zło do całego świata, do najbliższych: męża, żony, matki, dzieci, ojca, do kolegów z pracy itd., do wszystkich tylko nie do siebie. Święty Paweł w przytoczonym wyżej tekście nie daje nam żadnej nadziei na to, że sami jesteśmy w stanie poradzić sobie z pęknięciem, jakie w nas istnieje pomiędzy tym, co widzimy jako dobre, a tym co w rzeczywistości robimy. Nadzieja, jaką nam daje, kieruje się ku Chrystusowi. Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! (Rz 7,24). Okazuje się, że potrzebujemy pomocy od Kogoś, by wyjść z fatalnej logiki życia w sprzeczności. Tym Kimś może być jedynie Bóg, a właściwie Syn Boży, który stał się Człowiekiem i sam przeszedł drogę ludzkiego życia.

      Nasza postawa wobec drugiego nie tylko określa, kim jesteśmy względem niego, ale jak uczy nas Pan Jezus, mówiąc o sądzie ostatecznym, przez nasze odniesienie do drugiego człowieka realizujemy naszą relację względem Niego samego: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Tym samym nasza postawa względem drugiego człowieka określa naszą najgłębszą tożsamość przed Bogiem. Ona rozstrzyga o naszym życiu wiecznym lub śmierci.

      Drugi człowiek potrzebny jest nam także, abyśmy mogli zrozumieć wewnętrzne mechanizmy, jakie nami rządzą. Sami okazujemy się bowiem mistrzami okłamywania siebie. Ogromna potrzeba pozytywnego widzenia siebie powoduje, że niełatwo nam przyjąć trudną prawdę o swojej słabości, o naszym grzechu i niegodziwości. Odkrycie potrzeby pomocy ze strony kogoś innego i zawierzenia mu stoi u podstaw prawdziwego szukania Boga i kroczenia Jego drogami. Uświadomienie sobie tej prawdy jest niezmiernie ważne szczególnie dla nas ludzi napiętnowanych oświeceniowym indywidualizmem, którzy uparcie wierzą we własne siły i uważają, że muszą poradzić sobie sami. Pierwszym krokiem na drodze do pokoju jest pokorne odkrycie własnej słabości i niezdolności do jego osiągnięcia i w ogóle do duchowego postępu o własnych siłach. Musimy nauczyć się pokory.

      [Fragment z książki: Ład i pokój, Włodzimierz Zatorski OSB, ISBN: 978-83-7354-403-1]

       

    • Gdybyśmy się trochę więcej modlili...

      Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze (Łk 12, 34). Serce człowieka to siedlisko jego wewnętrznych przeżyć, doznań i duchowych doświadczeń. To głębia ludzkiej duszy. Centrum, które zarządza życiem człowieka i decyduje o jego kształcie. Ale ludzkie serce, podobnie jak ludzkie istnienie, jest rzeczywistością dynamiczną i zmienną. Podlega nieustannemu rozwojowi.
       
      Artykuł z Deon.pl

      Serce ludzkie, jak wszystko, co żyje, pozostaje kruche i delikatne, wymaga codziennej pielęgnacji, pokarmu, napoju i uwagi. Jeżeli ludzkie serce ma się dobrze rozwijać, to człowiek musi się o nie zatroszczyć, nakarmić je i dać mu pić. Daj Mi pić - mówi Jezus do Samarytanki (J 4, 7). Jeżeli Serce Jezusa pragnie, o ileż bardziej potrzebuje źródła wody żywej serce każdego z nas.

       
      Serce nasiąka tym, co stanowi jego napój i pokarm. Nasyca się tym, co kontemplujemy na co dzień. Światłem ciała i serca jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, twoje ciało i twoje serce będą w świetle (por. Mt 6, 22). Nie pozostaje więc obojętne, na co patrzymy całymi godzinami, o czym marzymy i za czym tęsknimy. Serce ludzkie spontanicznie wiąże się z tymi dobrami, które mu podsuwamy. Jeżeli karmimy je dobrym pokarmem, to stajemy się ludźmi dobrego serca. Jeśli zaś żywimy je zatrutymi pokarmami, to stajemy się ludźmi nieprawego, zepsutego serca. Jeżeli zaniedbujemy nasze serce, to bezwiednie ulega ono stopniowej degradacji. Tak łatwo można zatracić swoje serce, stać się człowiekiem bez serca lub człowiekiem o kamiennym sercu.
       
      Jezus pyta nas o stan naszego serca: Czym je karmimy na co dzień? Do jakiego źródła je prowadzimy? Ile uwagi i czasu mu poświęcamy? Ile trudu wkładamy w troskę o nie? Do jakich skarbów je przywiązujemy?
       
      W Ewangelii Jezus przestrzega nas, by skarbem serca nie stało się posiadanie rzeczy. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę. Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy (Łk 12, 33). Serce ludzkie zgłodniałe ciepła, bezpieczeństwa i miłości łatwo przywiązuje się, wręcz klei, do wszelkich namiastek miłości: rzeczy, władzy i doznań. A ponieważ namiastki te nie zaspokajają jego głodu, pod ich wpływem gorzknieje: rodzi się w nim gniew i nienawiść. Serce pozbawione miłości staje się ślepe i zachowuje się destrukcyjnie.
       
      Bogacimy nasze serca, kiedy wolni wobec dóbr dzielimy je z potrzebującymi. Każda szklanka czystej wody, każdy kęs chleba, chwila serdeczności i współczucia, każdy akt przebaczenia ubogaca nasze serca, czyni je coraz bardziej szlachetnym i hojnym. A każda jałmużna trafia do niebieskiego trzosu, który nie niszczeje. Złodziej już nie ukradnie tego, co podzielimy z potrzebującym, a mól i rdza nam tego nie zniszczy. Dzieląc się z innymi tym, co posiadamy, stajemy się ludźmi dobrego serca i doznajemy wewnętrznej radości zgodnie z tym, co mówi Psalmista: Wlałeś w moje serce więcej radości niż w czasie obfitego plonu pszenicy i młodego wina (Ps 4, 8).
       
      Nade wszystko jednak stajemy się ludźmi dobrego serca dzięki czuwaniu przed Panem. To na modlitwie i dzięki niej odkrywamy, że skarbem naszego serca jest jego Pan i Twórca. Ludzkie serce winno nieustannie wyczekiwać swego Pana: Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy [bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze (Łk 12, 35-36). Ludzkie serce trwa i żyje tylko dzięki temu, że Pan czuwa nad nim, podtrzymuje je w jego istnieniu. I ono winno - odpowiadając na czuwanie Pana - trwać i czuwać przed Nim.
       
      Bez modlitwy i czuwania przed Panem ludzkie serce tak łatwo się psuje, degraduje i staje nieczułe; twarde jak skała, jak dolny kamień młyński (Hi 41, 16). Buntuje się ono wówczas przeciw Panu i knuje zasadzki (Ps 5, 10). To brak modlitwy sprawia, że tak łatwo stajemy się ludźmi bez serca, ludźmi niewrażliwymi. Zadziwia nas nieraz okrutna postawa niektórych młodych osób, brutalnie znęcających się nad rówieśnikami i upokarzających swoich wychowawców. Zaskakują nas takie zachowania. Czy są one jednak aż tak dziwne, jeżeli nikt nie dał im świadectwa modlitwy, nie nauczył stawania przed Bogiem jako Stwórcą i Panem ludzkiego serca?
       
      Ludzkie serce samo z siebie nie jest źródłem dobra. Czyż Jezus nie powiedział, że tylko Bóg jest dobry? Że bez Niego nie możemy niczego uczynić? Że tylko On odpuszcza grzechy? Człowiek staje się dobrego serca tylko wówczas, kiedy czerpie z nieskończonej dobroci Boskiego serca. To codzienna kontemplacja Dobroci Boga czyni człowieka dobrym. Stąd też potrzeba codziennego wołania do Boga: "Uczyń serce moje według Serca Twego". Kiedy człowiek za dnia woła do Boga, jego serce upomina go nawet nocą (por. Ps 16, 7).
       
      Gdybyśmy codziennie modlili się, szczerze stając przed Bogiem jako Panem i Stwórcą, żylibyśmy niewątpliwie w głębszym poczuciu sensu i jaśniej widzielibyśmy cel życia. Nasze serca wiedziałyby, dla kogo biją i komu są oddane. To przecież dzięki modlitwie odkrywamy, że wyszliśmy od Boga i do Niego zbliża nas każdy nowy dzień, że każde uderzenie serca zawdzięczamy właśnie Jemu. Wszak tutaj, na ziemi, jesteśmy tylko przechodniami i pielgrzymami. A ponieważ modlimy się mało, niedbale, nasze serca łatwo ulegają złudzeniu. Usiłujemy zbudować sobie na ziemi "trwałe mieszkanie", które jest przecież tylko zamkiem z piasku. Nasze serca przeczuwają jednak iluzoryczność takiego rozwiązania, dlatego też ogarnia je lęk i niepokój. Ludzkie serce może doznać pokoju tylko wówczas, kiedy powierzy się Bogu.
       
      W naszych rodzinach byłoby więcej zgody, jedności, współczucia i przebaczenia, gdybyśmy codziennie stawali szczerym sercem przed Bogiem, powierzając Panu naszych bliskich. Modlitwa przypominałaby nam, że Bóg jest Ojcem wszystkich, a człowiek dla człowieka - tylko bratem czy siostrą; nigdy jego panem i władcą. Nasze serca nie wynosiłyby się nad innych, nie uzurpowałyby sobie prawa do przemocy, manipulacji, destrukcyjnych nałogów i krzywdzenia drugiego człowieka. Modlitwa, i tylko modlitwa, może ochronić nasze serca przed obojętnością wobec bliźnich, przed krzywdzeniem ich, poniżaniem, stosowaniem przemocy, niewiernością i zdradą.
       
      Gdybyśmy codziennie z większą hojnością serca modlili się, nie żałując czasu, żylibyśmy w większym pokoju, a codzienna radość życia byłaby naszym udziałem. Bóg i tylko On może ukoić skołatane ludzkie serca. Tylko On może uleczyć je z chciwości, nieopanowanego pożądania, niechęci wobec bliźnich. Gdybyśmy się więcej modlili w ciągu całego naszego życia, nasze twarze - wraz z upływem czasu - byłyby coraz bardziej pogodne, ponieważ widzielibyśmy w nas, wokół nas, a nade wszystko w naszych bliźnich więcej dobra. Powierzając codziennie nasze dusze Bogu, rano i wieczorem, łatwo przebaczylibyśmy sobie te nasze błędy i grzechy, z powodu których ciągle zadręczamy siebie i innych. Wszak nikt nie jest bez grzechu, dlaczego więc my mielibyśmy się okazać jedynymi ludźmi bez niego. Zrozumielibyśmy też, że bezsensowne jest wypominanie sobie tych grzechów, których już nie ma, ponieważ wyznane przed Bogiem zostały zanurzone w Jego Boskim miłosierdziu.
       
      Gdybyśmy się więcej modlili, z większym spokojem myślelibyśmy także o naszych dzieciach i ich przyszłości. To prawda, że tak trudno jest dziś wychować potomstwo. Rodzice i dziadkowie drżą często o swoje pociechy. Są bowiem świadomi, że nawet najlepsza rodzina nie daje gwarancji, że nasze dzieci wyrosną na dobrych ludzi. Środowisko rówieśników, szkoła i media mają nieraz wielki wpływ na zachowanie, postawę i kształtowanie się świata wartości dziecka. Jak uchronić je przed błędami, za które musiałoby płacić wysoką cenę? Jest tylko jeden sposób! Nauczyć dziecko od najwcześniejszych lat modlitwy. Przyprowadzać dziecięce serca przed Boskie serce. Nikt nie ma dostępu do serca człowieka, jak tylko Bóg. Dzieci wiedzą o tym od pierwszych lat swojego życia. Pozwalają sobie na kłamstwa wobec rodziców, ponieważ rozumieją, że rodzice nie są w stanie ich odkryć. Te drobne kłamstwa nie są wcale tragedią, o ile dziecko staje z nimi szczerze przed Bogiem.
       
      Polskie pieśni Kiedy ranne wstają zorze oraz Wszystkie nasze dzienne sprawy przypominają o potrzebie codziennej modlitwy, która polega przede wszystkim na powierzeniu serca Bogu. W Kiedy ranne wstają zorze śpiewamy: "Ledwie oczy przetrzeć zdołam, / Wnet do mego Boga wołam, / Do mego Boga na niebie / I szukam Go wkoło siebie". A w pieśni Wszystkie nasze dzienne sprawy powierzamy Panu cały dzień, prosząc: "Wszystkie nasze dzienne sprawy, / Przyjm litośnie, Boże prawy, / A gdy będziem zasypiali, / Niech Cię nawet sen nasz chwali".
    • Kiedy Bóg nie odpowiada

      Bóg milcząc, daje czas, by pewne rzeczy przemyśleć; uporządkować i zmienić to, co zagmatwane, zagubione; nadać nowy sens i wymiar relacjom

      W czasie rekolekcji ignacjańskich w Częstochowie rozmawiałem z osiemdziesięciokilkuletnią kobietą. Pierwsze nasze spotkanie było z jej strony wylaniem ogromnego bólu, żalu i pretensji do Boga. - Osiemdziesiąt lat modlę się, proszę i błagam o jakieś słowo, znak i nic. Milczy! Osiemdziesiąt lat milczy! Mogłem tylko słuchać, chociaż odniosłem wrażenie, że nie byłoby możliwe wtrącenie nawet jednego słowa. Przez tę kobietę płynął nieustanny potok słów. Na koniec powiedziałem tylko: - Może zamiast prosić, niech pani zamilknie. Kilka kolejnych dni było wspólnym milczeniem: Boga i pierwszą niezdarną próbą milczenia tej kobiety. Chociaż milczenie było wielkim problemem, trwała w nim cierpliwie przez osiem dni. W ostatnim dniu rekolekcji wyznała: - Wreszcie zrozumiałam. Mówił do mnie osiemdziesiąt lat, ale nigdy Go nie słuchałam. Zasadniczym problemem w relacji z Bogiem nie jest milczenie Boga, ale nieumiejętność słuchania z naszej strony. Jak wykazują niektóre badania około 42% komunikacji stanowi słuchanie (L. Pelamatti). Każdego dnia docierają do nas strumienie słów, informacji, werbalizacji. Z drugiej strony coraz trudniej jest znaleźć czas na milczenie i refleksję nad słowem. Konsekwencją jest nieumiejętność słuchania. Nieumiejętność słuchania jest paradoksem wobec ogromnej potrzeby bycia słuchanym. Do naszych jezuickich ośrodków rekolekcyjnych w Polsce przyjeżdża każdego roku tysiące ludzi, którzy pragną, by ktoś ich szczerze, bezinteresownie i życzliwie wysłuchał. Inni są skłonni płacić wysokie honoraria, aby zostać wysłuchanym w sposób kompetentny, profesjonalny. Nieumiejętność słuchania jest chorobą komunikacji naszych czasów. Nie zawsze jednak można mówić o nieumiejętności słuchania. Możemy słuchać, prosić, błagać..., a jednak Bóg milczy. Warto tutaj nadmienić, że bez milczenia nie ma głębokich relacji międzyludzkich. Psychiatrzy amerykańscy twierdzą, że dla zdrowia psychofizycznego, wskazane byłoby przeżycie jednego dnia w tygodniu w całkowitym milczeniu. Milczenie jest czasem na refleksję, medytację, nabranie dystansu do życia i ludzi; jest czasem gojenia ran. W codziennym życiu, niestety, mowa rani, a milczenie leczy. Milczenie Boga może mieć również terapeutyczny wymiar. Bóg milcząc, daje czas, by pewne rzeczy przemyśleć; uporządkować i zmienić to, co zagmatwane, zagubione; nadać nowy sens i wymiar relacjom. Milczenie Boga jest czasem oczyszczenia i uświadomienia potrzeby wartości duchowych w naszym życiu. Nieobecny czy niedoświadczalny? Milczenie Boga należy odróżnić od braku doświadczenia Jego obecności. W początkowej fazie życia duchowego Bóg daje bardzo namacalne znaki swojej obecności i bliskości. Wydaje się bardzo realny, doświadczalny na każdym kroku. Z czasem to doświadczenie zaczyna słabnąć. Na początku Bóg daje pociechy, przyjemności duchowe, dlatego, że jesteśmy słabi i pragnie zrównoważyć atrakcyjność zła. Ale kiedy zło przestaje nam się już podobać, gdy jesteśmy coraz dalej na drodze duchowej, kończą się pocieszenia, zmysłowe doznania, przychodzi oschłość, a poprzez to czas nauki bezinteresownej miłości. Poczucie milczenia Boga i braku Jego obecności towarzyszyło ludowi Izraela w czasie wędrówki przez pustynię. Bóg początkowo obecny, aktywny, niemal "dotykalny w słupie obłoku i ognia" (Wj 13, 2In), z czasem stał się daleki, nieodczuwalny; jakby pierwsze doświadczenia były iluzją, mirażem. Psalm 42 zawiera najbardziej poruszający lament człowieka doświadczającego uczucia milczenia i braku obecności Boga. Autor psalmu znajduje się niemal na skraju rozpaczy, zdruzgotany, pozbawiony motywacji, wątpiący: Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże! Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego: kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże? Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo, i czemu jęczysz we mnie? (Ps 42, 2-3.6). Ból spowodowany brakiem poczucia obecności Boga potęgują przyjaciele, którzy w cyniczny sposób drwią z jego wiary: "Gdzie jest twój Bóg?": Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy, gdy mówią mi co dzień: "Gdzie jest twój Bóg?" (Ps 42, 4). Psalmista nie poddaje się jednak rozpaczy. On wie, że Bóg jest, ufa Mu, wierzy. Umocnieniem w wierze są wspomnienia cudownych chwil, w których doświadczał bliskości Boga, czul jego obecność: Gdy wspominam o tym, rozrzewnia się dusza moja we mnie, ponieważ wstępowałem do przedziwnego namiotu, do domu Bożego, wśród głosów radości i dziękczynienia w świątecznym orszaku (Ps 42, 5). Stąd wypływa przekonanie, a nawet pewność oparta na wierze, że czas trudnych chwil, przygnębienia, rozpaczy, minie: Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będę wysławiać: Zbawienie mego oblicza i mojego Boga (Ps 42, 6-7). Po deszczu przychodzi słońce, po mroku dzień; po najcięższych doświadczeniach milczenia Boga, poczucie Jego bliskości. Milczenie Boga jest trudnością przejściową i zwykle stanowi wstęp, preludium do większego daru. Brak bliskości Boga nie jest jednoznaczny z Jego nieobecnością. Zycie duchowe nie bazuje jedynie na uczuciach, emocjach. O wiele istotniejsza jest wiara w Boże obietnice. Taka wiara daje pewność, że Bóg jest zawsze. Gdy jej zabraknie, rodzi się depresja. Bóg ciszy Święta Teresa z Lisieux, wspominając swoją profesję, napisała: "Moje zjednoczenie z Jezusem dokonało się nie wśród piorunów i błyskawic, czyli nie wśród łask nadzwyczajnych, lecz przy powiewie lekkiego zefiru, podobnego do tego, jaki usłyszał na górze nasz ojciec Eliasz". Mówiąc o Eliaszu Teresa odwołuje się do spotkania z Bogiem na górze Horeb (1 Kri 19, 11-14). Zanim Eliasz usłyszał Boga, przeżył gwałtowną wichurę, trzęsienie ziemi i ogień. Bóg jednak objawił się w szmerze łagodnego powiewu, albo według innych tłumaczeń: "szmerze ciszy, która się rozprasza" (Martin Buber) czy "głosie przejmującej ciszy" (Michel Masson). Łagodny powiew, łagodna rozpraszająca się cisza, przejmująca cisza są obrazem łagodności Boga. Bóg wprawdzie może przemawiać poprzez wichurę, trzęsienie ziemi i ogień, ale zwykle działa łagodnie, w milczeniu, w ciszy. Bóg woli zmiękczać ludzkie serca cierpliwością, łagodną miłością, niż niszczyć ogniem czy wichurą swego gniewu. Wielkim przeżyciem był dla mnie pobyt na pustyni Synaj. Po nocnym wyjściu na górę Mojżesza i rannej wizycie w klasztorze Św. Katarzyny, mogłem niemal cały dzień przebywać sam na sam z pustynią. Doświadczenie ciszy, samotności, pustyni pozwala czuć Boga, który jest Ciszą. Przyszły mi wtedy na myśl słowa o Bogu, który przyciąga człowieka na pustynię, aby go poślubić: Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca. I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana (Oz 2, 16. 21-22). Bóg wypowiedział swoje Odwieczne Słowo w ciszy (Mdr 18, 14n) i nadal mówi i działa w milczeniu, w ciszy i tylko człowiek wewnętrznie wyciszony, człowiek duchowy potrafi Go usłyszeć, zrozumieć. Matka Teresa z Kalkuty wspomina: Opowiem o teologu najwyższej jakości, o bardzo świętym kapłanie, jednym z najlepszych obecnie w Indiach. Znam go bardzo dobrze, więc rzekłam do niego: "Ojcze, cały dzień mówi ojciec o Bogu; jakże ojciec musi Mu być bliski, stale ojciec o Nim opowiada". Czy wiecie, co mi odpowiedział? "Potrafię dużo mówić o Bogu, a jednocześnie mało mówić do Niego". Następnie wyjaśnił: "Mogę wylać całą rzekę słów, mogę nawet chyba mówić dobrze, lecz w głębi nie znalazłem czasu na słuchanie. Bowiem właśnie w ciszy serca przemawia Bóg". Oczywiście, żyjąc dziś w świecie, w rodzinach, pracując zawodowo nie możemy wyjechać na pustynię, aby słuchać Boga. Możemy jednak robić krótkie przystanki, które pozwolą nam nabrać dystansu do codziennych zmartwień i trosk, zatrzymać się na chwilę refleksji, modlitwy, medytacji Pisma Świętego. Takie pustynie, w których wsłuchujemy się w słowo Boga są przeciwieństwem pustki, oddalenia i wypalenia, do których prowadzi zabieganie i zbyt szybkie tempo życia. Pozwalają sięgać do pamięci serca, przypominać sobie, wszystko, co Bóg czynił i czyni wciąż dla nas, a przede wszystkim odpoczywać przy jego miłującym Sercu. Miejsca święte Są w świecie takie miejsca, do których człowiek tęskni i gdy je raz zobaczy, pragnie do nich powracać. Dla mnie takim miejscem jest Ziemia Święta - cała przeniknięta świętością, śladami i obecnością Boga. Niemal każde miejsce Palestyny naznaczone jest dotykiem Boga. Szczególny wymiar Bożej obecności ma Jerozolima - miasto wielu kultur i religii. W Jerozolimie znajdują się miejsca święte trzech największych religii monoteistycznych. Dla Żydów jest nim Ściana Płaczu, miejsce pierwszej świątyni z czasów Salomona; dla muzułmanów - meczet Qubbet as Sachra (Kopuły Skały), według tradycji miejsce wstąpienia Mahometa do raju; dla chrześcijan- Boży Grób, miejsce zmartwychwstania Jezusa. Miejsca święte są obszarami, w których człowiek odczuwa moc i promieniowanie łaski Boga, doświadcza misterium tremendum et fascinosum, spotyka się z Tajemnicą, która napawa trwogą, bojaźnią, ale również czcią. Biblia opisuje wiele takich miejsc. Dla patriarchy Jakuba było nim Betel. Uciekając przed bratem Ezawem Jakub wszedł w kamienny krąg. Miał widzenie aniołów i usłyszał obietnice Boga. Po przebudzeniu przeżył lęk, trwogę. Zawołał wówczas: "Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem. [...] O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama do nieba!" (Rdz 28, 16n). Następnie namaścił kamień, na którym spał i uświęcił go jako stelę, dom Boga. Dla Mojżesza miejscem świętym była góra Horeb. W wieku osiemdziesięciu lat żył w kraju Madian i zajmował się hodowlą owiec. Pewnego razu zobaczył na jednym z górskich tarasów płonący krzew. Gdy zbliżał się do krzewu, pragnąc mu się bliżej przyjrzeć, usłyszał głos Boga: "Nie zbliżaj się tu! Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą" (Wj 3, 5). Mojżesz zbliżał się do Boga, który jest samą Świętością, Doskonałością i Miłością, dlatego musiał zdjąć sandały - symbol niedoskonałości, w której trwał do tej pory. W tradycji muzułmańskiej zwyczaj zdejmowania obuwia przed wejściem do meczetu zachował się do dzisiaj. W tajemnice Boga nie wchodzi się prosto z marszu, Z drogi. W tajemnice Boga wchodzi się po przygotowaniu, w milczeniu, uświadomieniu sobie dystansu i w pokorze. Dotykając tajemnicy Boga wkraczamy na ziemię świętą. Dlatego każde miejsce, uświęcone tajemnicą obecności Boga jest ziemią świętą. "Ziemia przepełniona jest niebem, a każdy zwykły krzak płonie Bogiem; lecz tylko ten, kto widzi zdejmuje sandały" (Elizabeth Barrett Browning). Dobrze jest pielgrzymować do sanktuariów, miejsc uświęconych obecnością Jezusa, objawień Maryi, czy naznaczonych obecnością świętych, ale jeszcze ważniejsza jest umiejętność dotykania świętości w codzienności. Wówczas wystarczy kościół parafialny, kaplica z Najświętszym Sakramentem, oratorium, czy zwykła mata modlitewna i świeca przed ikoną lub obrazem w kącie pokoju. Te zewnętrzne znaki wprowadzają w głębię, jaką jest wnętrze człowieka. Ludzkie serce wypełnione miłością jest najpiękniejszym sanktuarium obecności Boga. W nim łączymy się w głębokiej intymnej więzi z najwyższą Świętością i Miłością. Bóg mówi przez Słowo Bóg milczy. Ale mówi również bezpośrednio do naszych serc przez słowa Pisma Świętego. Kardynał Carlo Martini napisał o roli Pisma Świętego w swoim życiu: "Osobiście dochodzę do wniosku, że kiedy nie mam kontaktu ze słowem, jestem pozbawiony źródła odnowy mojego umysłu, źródła, które pozwala mi żyć i szukać zawsze tego, co najlepsze, odnajdywać wskazówki niezbędne dla mojej pracy i dla innych, pokonywać chwile nudy, ciemności, niecierpliwości, niesmaku i goryczy". Istnieją różne sposoby słuchania Bożego słowa. Można słuchać go w czasie Eucharystii. Można czytać Pismo Święte w sposób ciągły. Ojcowie Kościoła proponują uczenie się na pamięć poszczególnych zdań albo nawet całych passusów Pisma i sięganie do nich w razie potrzeby, pokus, bądź trudności życiowych. Niektórzy stojąc przed trudnymi problemami otwierają Biblię w dowolnym miejscu i szukają w nim odpowiedzi. Inni powtarzają słowa Pisma w ciągu dnia jako akty strzeliste. W słuchaniu słowa Bożego ważna jest wytrwałość. Przypomnijmy sobie lud Izraela wędrujący przez pustynię. Każdego dnia Bóg zsyłał mannę, która zaspokajała dzienne potrzeby wędrujących (Wj 16, 4nn). Podobnie jest ze słowem Bożym. Czytane i rozważane jest jak manna, która zaspokaja nasze dzienne potrzeby. Objawia wolę Boga, kształtuje nasze powołanie, tożsamość. Daje odpowiedź na wiele pytań i dylematów codziennego życia. Ja osobiście mam zwyczaj czytać Biblię przed zaśnięciem. Staram się każdego dnia przeczytać jeden lub więcej rozdziałów w sposób ciągły. Gdy jestem bardzo zmęczony czytam tylko kilka wersetów. I muszę powiedzieć, że takie zasypianie ze słowem Boga wycisza, uspokaja po całym dniu i przynosi wewnętrzny pokój i radość. Wobec słowa, które Bóg wypowiada, potrzebna jest pokora. Wsłuchując się w Słowo, musimy uznać, że ono nas przekracza, stanowi tajemnicę, niejednokrotnie jest trudne, niejasne. Jednak ważne jest, by zapadało w serca. W odpowiednim czasie przyjdzie łaska i Bóg pozwoli je zrozumieć. Pokora pozwala wsłuchiwać się w słowo Boże z uwagą i wdzięcznością ciągle na nowo. W codziennym życiu nie sięgamy do pewnych fragmentów Pisma Świętego, bo wydaje się nam, że znamy je zbyt dobrze albo są dla nas nużące. Tymczasem, jak mówią Ojcowie Kościoła, Pismo Święte "wzrasta wraz z tym, który je czyta". W każdym czasie ma nam coś nowego do powiedzenia, w zależności od naszej sytuacji duchowej i osobistych potrzeb. Niejednokrotnie byłem zdziwiony, sięgając do tekstów, które znam bardzo dobrze, gdy odkrywałem ich nowe znaczenie i przesłanie. Słowo Boże jest zawsze świeże. I wnosi nowe światło w rutynę codzienności. Jeżeli chcemy na co dzień żyć z Bogiem, musimy nieustannie powracać do Biblii. Młody zakochany człowiek potrafi nieustannie czytać list od swojej ukochanej. Pismo Święte jest listem Boga do nas. Jeżeli się w Nim zakochamy, będziemy nieustannie czytać Jego słowa. Artykuł z książki Gdzie jest Bóg w zagubionym świece?

    • Ksiądz fizyk z Cambridge

      Wybitny profesor fizyki u szczytu naukowej kariery został księdzem. Ukończył teologię, został anglikańskim duchownym. John Polkinghorne od lat broni tezy, że naukę i religię więcej łączy, niż dzieli. Łączy szukanie prawdy o świecie.
      Artykuł z GN 38/2014

      Nasuwa się porównanie z ks. Michałem Hellerem. Obaj są duchownymi i naukowcami. Obaj budują mosty między wiedzą o świecie, której dostarcza współczesna nauka, a wiarą. Tej tematyce poświęcili mnóstwo prac. Za te wysiłki obaj zostali uhonorowani Nagrodą Templetona (Polkinghorne 2002, Heller 2008). Heller najpierw stał się księdzem, teologiem, filozofem, a później zainteresował się naukowym obrazem świata. John Polkinghorne wykonał ruch w stronę przeciwną. Był najpierw profesorem fizyki ze sporymi osiągnięciami, a potem postanowił zostać duchownym i studiować teologię. Jego sylwetka i prace są w Polsce słabo znane.

      O wiele więcej osób słyszało zapewne o prof. Richardzie Dawkinsie, zoologu z Oksfordu, który także poświęcił kilka książek religii. Od strony merytorycznej jego prace są pisane na poziomie zbuntowanego nastolatka, mogą więc posłużyć ewentualnie jako przyczynek do studium fanatyzmu i niekompetencji, ale nie wnoszą niczego istotnego do rozmowy o relacji nauka–religia. Antychrześcijańska fobia dominująca w medialnym świecie przyczyniła się do wypromowania tego ignoranta z tytułem profesora na „naukowy” autorytet w dziedzinie krytyki religii.

      Wspominam o tym, ponieważ celebrycka sława Dawkinsa w jakimś sensie przesłania osiągnięcia ludzi tej klasy co prof. John Polkinghorne. W angielskojęzycznym środowisku naukowym nie jest on wyjątkiem. Twórczy dialog nauki i religii podejmuje wielu wybitnych uczonych, jak np. Alister Mac Grath (teolog i biofizyk), Arthur Robert Peacocke (teolog i biochemik) czy John D. Barrow – (fizyk, współtwórca tzw. teorii antropicznej). Skądinąd ciekawe jest to, że przekonanie o istnieniu Boga podziela o wiele więcej fizyków niż biologów. Polkinghorne był jednym z założycieli Międzynarodowego Towarzystwa Nauki i Religii (International Society for Science and Religion).

      Chrześcijaństwo – centrum mojego życia

      lkinghorne tak tłumaczył swoją decyzję: „Zasadniczym powodem podjęcia tego kroku był po prostu fakt, że chrześcijaństwo zawsze było w centrum mojego życia. Zostać szafarzem słowa Bożego i sakramentów było dla mnie zaszczytnym powołaniem, które dało mi możliwość ogromnej satysfakcji”. Jako duchowny pozostał związany głównie z Cambridge. Oprócz pracy duszpasterskiej pisze książki, w których promuje wiarę i naukę otwarte wzajemnie na siebie. Ma w dorobku 5 książek poświęconych fizyce i 26 o relacjach nauki i religii, przetłumaczonych na 18 języków. Kilka z nich także na polski.

      Karierę naukową rozpoczął od studiów matematyki na Cambridge, tam też uzyskał doktorat z fizyki w 1955 roku. Dwa lata wykładał w Edynburgu, a od 1958 powrócił do Cambridge, gdzie w 1968 objął katedrę matematyki fizycznej. Zajmował się przede wszystkim teorią cząstek elementarnych, odegrał ważną rolę w odkryciu kwarków i glouonów, uznawanych dziś za najmniejsze „składniki” materii. Wykładał gościnnie w Princeton, Berkeley, Stanford. Pracował także w instytucie badawczym CERN pod Genewą. Otrzymał sporo doktoratów honorowych oraz przeróżnych nagród. Królowa przyznał mu tytuł szlachecki, choć jako duchowny nie posługuje się honorowym „sir”.
      Polkinghorne studiował teologię jako fizyk. Jego umysłowość była „sformatowana” przez metodę naukową. Przez takie okulary czytał teologię. Jak sam podkreśla, dało mu to oryginalną „podwójną” perspektywę. Z angielskim humorem dodaje, że bywa podejrzewany o to, że zachowuje się jak „rzeźnik, który stał się wegetarianinem” albo przypomina centaura – pół człowieka, pół konia. Ponoć o wielkim fizyku XIX stulecia Michaelu Faradayu, który był wierzącym chrześcijaninem, mówiono, że gdy wchodził do laboratorium, zapominał o swojej religii, a kiedy z niego wychodził, zapominał o nauce. Polkinghorne polemizuje z tego typu stereotypem. Przekonanie o niepokonalnej rozbieżności pomiędzy nauką a teologią jest konsekwencją Oświecenia. Mit ten do dziś pokutuje w wielu miejscach, także niestety w szkołach, ale współcześni naukowcy już dawno odeszli od pozytywistycznego przekonania, że nauka objaśni kiedyś wszystko i ma monopol na racjonalną wiedzę o świecie. Fizyk Polkinghorne zwraca uwagę, że w samej metodzie naukowej sporą rolę odgrywają elementy subiektywne, np. osobisty osąd naukowca, weryfikacja wspólnoty naukowej, pewna tradycja. Twierdzenie Gödla nakłada ograniczenie nawet na matematykę. Z grubsza mówi ono o tym, że w każdym systemie są pewne twierdzenia, których nie da się udowodnić ani obalić. A więc nawet matematyk musi przyjąć pewne rzeczy na wiarę! Nauka stała się dziś bardziej skromna, nie pretenduje do jedynej „prawdziwej” wiedzy o świecie. Zauważyła i uznała swoje ograniczenia. Ta „skromność” nauki, większy szacunek dla tajemnicy rzeczywistości, otwiera przestrzeń do rozmowy z innymi dziedzinami ludzkiej wiedzy, wnoszącymi do ludzkiego poznania te elementy, które z definicji wymykają się „szkiełku i oku” przyrodnika.

      Nauka i teologia – jak dwie siostry

      „Gdy przygotowując się do święceń, studiowałem podstawy teologii, spostrzegłem, że najbliżsi sposobowi myślenia fizyków byli ludzie pokroju teologów Nowego Testamentu”, pisze Polkinghorne. Istnieją pewne zaskakujące podobieństwa między teologią a współczesną fizyką. Polkinghorne uważa, że nauki ścisłe i teologię łączy postawa, którą nazywa realizmem krytycznym. Realizm – ponieważ zarówno naukowiec, jak i teolog odkrywają określoną rzeczywistość, a nie zajmują się tworami ludzkiego umysłu. Jest to realizm krytyczny, ponieważ mamy do czynienia ze złożonymi metodami badawczymi, subtelnie łączącymi doświadczenie z interpretacją. Rzecz jasna teologia pod wieloma względami różni się od nauki, na co zwraca uwagę ks. Polkinghorne. Pisze: „Osobowego Boga nie możemy poddać próbie doświadczenia w ten sposób, w jaki nieosobowy świat fizyczny poddajemy badaniom eksperymentalnym. Jednakże naukę i teologię łączy to, że każda z tych dyscyplin może i powinna bronić swojego statusu wiedzy, która bada rzeczywistość i poszukuje coraz to bliższego prawdzie jej zrozumienia”.

      „Żyjemy w jednym świecie, a nauka i teologia badają różne jego aspekty” –podkreśla Polkinghorne. I tłumaczy rzecz bardzo obrazowo: „Rzeczywistość stanowi wielopoziomową jedność.

      Mogę postrzegać drugiego człowieka jako układ atomów, jako otwarty układ biochemiczny oddziałujący ze środowiskiem, jako egzemplarz gatunku homo sapiens, jako piękny obiekt, jako kogoś, czyje potrzeby domagają się mojego szacunku i współczucia, wreszcie jako brata lub siostrę, za których umarł Chrystus. Wszystkie te aspekty są prawdziwe i wszystkie w tajemniczy sposób łączą się w tej oto jednej, konkretnej osobie”. Wszystkie te poziomy rzeczywistości znajdują ostatecznie swoje źródło w Bogu.

      Piękny świat skrojony na miarę

      Polkinghorne jako fizyk czuje się w jakimś sensie zobligowany do szukania w świecie śladów zostawionych przez Stwórcę. „Pytanie o istnienie Boga jest jedynym najważniejszym pytaniem w zetknięciu z naturą rzeczywistości”, podkreśla. Wskazuje dwa argumenty na to, że świat jest dziełem rozumności wykraczającej poza sam świat. Pierwszym jest racjonalne piękno i poznawalność wszechświata. Wielu fizyków podkreśla, że matematyczne wzory, które opisują prawa fizyki, cechuje jakiś rodzaj elegancji, matematycznego piękna. Wielu badaczy dokonujących odkryć doświadcza poczucia zachwytu. Czy to tylko kwestia psychologicznej satysfakcji, czy nie jest raczej tak, że za tą cudownością i uporządkowanym pięknem stoi umysł większy niż wszystko? Ku tej drugiej odpowiedzi skłania się angielski uczony.

      Drugi motyw, który kieruje umysł ku Stwórcy, łączy się z pewnymi właściwościami wszechświata odkrytymi dzięki rozwojowi nauki. Otóż świat jest ogromny: nasze słońce to jedna ze 100 miliardów gwiazd naszej galaktyki, a ta z kolei jest jedną ze 100 miliardów galaktyk wszechświata dostępnego naszej obserwacji. Naukowcy uznają, że wszechświat miał swój moment początkowy, zwany popularnie Wielkim Wybuchem. Wiek świata szacuje się obecnie na ok. 14 miliardów lat. Ten wielki i stary wszechświat okazuje się zarazem „skrojonym na miarę”, dokładnie na miarę człowieka. Polkinghorne jako jeden z całej grupy naukowców wskazuje na fakt, że aby na ziemi mogło powstać życie, człowiek, musiały być spełnione pewne subtelne warunki. Ten pogląd, zwany zasadą antropiczną, to rzecz absolutnie fascynująca. Okazuje się, że aby powstało życie w tej formie, w jakiej je znamy, wszechświat musi być tak ogromny i tak stary. Mowa tutaj nie o biologicznej ewolucji na Ziemi (to inny problem), ale o ewolucji samego kosmosu (procesy zachodzące w momencie Wielkiego Wybuchu zapoczątkowały kolejne – powstawanie gwiazd, pierwiastków, galaktyk, planet itd.). Okazuje się, że wszystkie stałe fizyczne (np. tzw. stała Plancka) mają takie wartości, które umożliwiają powstanie życia. Lekka zmiana tych wartości czyniłaby życie czymś niemożliwym. Dostrojenie tych danych jest tak dokładne, że jeden z fizyków porównał je do takiej sytuacji, gdyby ktoś próbował trafić z karabinu do celu o średnicy jednego centymetra, znajdującego się na przeciwległym krańcu obserwowanego wszechświata, czyli w odległości 20 miliardów lat świetlnych, i trafił! „Zasada antropiczna – podsumowuje Polkinghorne – jest jakby odwróceniem rewolucji kopernikańskiej; wprawdzie nie przywraca ona ziemi centralnego miejsca we wszechświecie, lecz za to dostrzega ścisły związek pomiędzy naturą wszechświata a możliwością pojawienia się w nim człowieka”. To samo w sobie nie jest ścisłym dowodem na istnienie Boga, ale daje do myślenia. Polkinghorne wiele razy podkreśla, że jako fizyk może dojść do hipotezy o istnieniu Boga i uzasadnić jej racjonalność. Natomiast Boga nie można czcić, uznając Go za „roboczą hipotezę”. Aby odkryć Go jako osobę, konieczny jest inny rodzaj poznania.
      Zapytano Polkinghorne’a w wywiadzie, jaki fragment Biblii zadedykowałby naukowcom. Wskazał na zdanie z 2 Listu do Koryntian św. Pawła: „Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” (4,6). I dodał komentarz: „To zdanie łączy pojęcie światła wiedzy oraz pojęcie światła, którym jest Chrystus. Aby prawdziwie rozumieć świat, w którym żyjemy, w całym jego bogactwie i różnorodności, w jego obietnicy i cierpieniu, konieczne jest chrześcijańskie rozpoznanie Boga obecnego wszędzie, ale poznanego w świetle Jezusa Chrystusa”.
      Artykuł z GN 38/2014
    • W domu i na ulicy

      Wspólnota nie jest celem, ale środkiem – mówi Martine Laffitte-Catta, współzałożycielka Wspólnoty Emmanuel. – Samotny chrześcijanin może być smutny. Rozmawia Barbara Gruszka-Zych
       
      Artukuł z GN 31/2014

      Chrześcijanin w pojedynkę jest zagrożony – mówi Laffitte-Catta, francuska lekarka, już na emeryturze. – Podtrzymujemy się w miłości Boga, w trwaniu w dobrym i ewangelizowaniu. W 1972 r. w Paryżu z Pierrem Goursat, krytykiem sztuki, później przez lata żyjącym z wyboru jako celibatariusz, założyła Wspólnotę Emmanuel, która dziś liczy 7 tys. członków i działa w 80 krajach. Jej mąż Herve-Marie Catta włącza się w pracę ewangelizacyjną za pomocą internetu, bo ze względu na stan zdrowia nie może już jeździć z nią na spotkania. – Staramy się żyć, głosząc Pana Jezusa we własnym środowisku – w pracy, w szkole – opowiada założycielka. Rodziny i młodzież Wspólnoty Emmanuel spotykają się na zgrupowaniach modlitewnych, rekolekcjach, wspólnie się modlą i spędzają wolny czas. – Można rozmawiać o Bogu z sąsiadami, sprzedawcami w osiedlowych sklepach, z przechodniami – tłumaczy. – Wystarczy się do nich zwrócić: „Niech cię Bóg błogosławi!”. Choć u nas, w świeckiej Francji, to brzmi wręcz rewolucyjnie.

      – Ksiądz Twardowski napisał: „Nie przyszedłem pana nawracać”, my też nie wchodzimy w życie innych z butami – mówi Michał Gierycz, odpowiedzialny za 400-osobową Wspólnotę Emmanuel w Polsce. – W ewangelizacji ważne jest nie tylko to, że my niesiemy przesłanie, ale i to, żeby dostrzegać Pana Jezusa w drugim człowieku. Nie musimy mu dawać rozwiązań na wszelkie bolączki, ale powinniśmy z nim być, niezależnie od tego, jakie ma poglądy.

      Członkowie wspólnoty wychodzą ze słowami o Bogu na ulice miast. – Na początku jedno z „naszych” małżeństw zaproponowało taką misję uliczną, ale wszyscy się przelękli i po jakimś czasie ta najlepsza, ale zamknięta na świat grupa padła – opowiada Martine Laffitte-Catta. – My sami się ewangelizujemy, kiedy innym głosimy Jezusa, to nasz chrzest bojowy. Któregoś dnia właśnie na ulicy spotkała dziewczynę, która przyznała, że nawróciła się 7 lat temu dzięki ich wspólnocie. „Przedtem żyłam niezbyt pięknie, ale od 7 lat codziennie proszę Pana, żeby dawał mi okazję mówić o Nim nieznajomym. I spełnia moją prośbę, dlatego jestem radosna” – wyznała. Wtedy pomyślałam, że to ja – założycielka wspólnoty – zostałam przez tę dziewczynę pouczona i pokrzepiona.

      W rozpędzonym samochodzie

      Do wspólnoty należą też duchowni, ale gros to ludzie świeccy. – Zakładaliśmy ją we dwoje, ale kiedy szybko zaczęła się rozrastać, Pierre powiedział: „To przerażające! – wspomina Martine Laffitte-Catta. – Czuję się, jakbym siedział w rozpędzonym samochodzie, który nabiera coraz większej prędkości! Na szczęście Ktoś inny siedzi za kierownicą!”. Jego życie było związane z Maryją. Urodził się w uroczystość Wniebowzięcia NMP, a zmarł w Zwiastowanie. Nazwę wspólnoty zaczerpnęli z Księgi Izajasza: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel”. A Emmanuel znaczy „Bóg z nami”. – Pierre nieraz powtarzał: „Każde doświadczenie może służyć dobru” – opowiada Laffitte-Catta, która była jego duchową siostrą. Sam w młodości chorował na gruźlicę. – Gdybyś był zdrowy, to byś nas wykończył tempem swojej pracy – żartował mąż Martine. Pierre Goursat zachęcał członków wspólnoty, żeby nie szli za modą świata. „Boisz się, że źle wypadniesz? Powiedz, komu chcesz się spodobać? Masz się podobać Bogu – powtarzał.

      Michał Gierycz z Warszawy przed wstąpieniem do wspólnoty chodził do kościoła, ale nie zastanawiał się nad tym, czy Bóg jest fundamentem jego życia. Był po liceum, kiedy w 1997 r. wybrał się na Światowe Dni Młodzieży do Paryża. Poprzedziło je Forum Młodych w Altötting w Niemczech. – Wtedy odkryłem obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie – wspomina. – Nie zapamiętałem wykładów, ale to, że dużo czasu spędzałem przed Jezusem Eucharystycznym, doświadczając, że Bóg jest blisko, że się o mnie troszczy. Na studiach zacząłem się angażować w organizowanie takich mini-Światowych Dni Młodzieży przez Wspólnotę Emmanuel. Odkąd ożenił się z Kasią, już wspólnie biorą udział w jej życiu. – W naszej wspólnocie panuje normalność – mówi. – Żyjemy w świecie, z ludźmi, ale przede wszystkim próbujemy żyć jak najbliżej Pana Jezusa. Na ile pozwala na to życie zawodowe i rodzinne, staramy się być często, najlepiej codziennie, na Mszy św. i adoracji, choć nie zawsze nam się to udaje. Mają czwórkę małych dzieci, które trzeba odprowadzić do przedszkola. Żeby zdążyć na Mszę św. przed pracą, niekiedy musi wstać przed 6 rano. Tak jak inni członkowie wspólnoty każdego dnia robią wszystko, by uczestniczyć w adoracji Najświętszego Sakramentu. – To bardzo ważne – podkreśla Gierycz. – Z adoracji rodzi się współodczuwanie, patrzenie oczyma innych, nie tylko swoimi. Ona też pomaga dobrze wejść w rytm życia domowego. Z pracy zabiera się wiele rzeczy w głowie. Jeśli w kościele zostawię je przed Panem Jezusem, w domu łatwiej mi być dla bliskich.

      Pan wszystko wie

      Ewa Macała dwa lata temu skończyła inżynierię środowiska i pracuje w Urzędzie Miasta Wrocławia, w dziale ds. projektów środowiskowych. W lipcu tego roku pełniła funkcję rzeczniczki prasowej na organizowanym w Częstochowie Europejskim Forum Młodych Wspólnoty Emmanuel. Poznała wspólnotę, kiedy jako 17-latka w 2004 r. pojechała na zgrupowanie w Wadowicach, przed Światowymi Dniami Młodzieży w Kolonii. Wspomina, że to był dla niej przełom w relacji z Panem Bogiem. – Już podczas pierwszego koncertu trafiło do mnie wielokrotnie słyszane zdanie, że Jezus oddał za nas życie – mówi. Podczas spotkań wiele czasu spędzała na adoracji Najświętszego Sakramentu. – Dotarło do mnie, że to spotkanie z Przyjacielem – opowiada. – Wiem, że Pan Bóg wszystko już o mnie wie, ale głośno wypowiadałam przed Nim swoje życie. Tak jakbym robiła rachunek sumienia, ale z nastawieniem, by nie szukać w sobie czegoś brudnego, tylko przynieść Mu swoją dobrą codzienność. Co roku uczestniczy w młodzieżowych spotkaniach formacyjnych. – Moje życie trochę się różni od życia moich rówieśników – przyznaje. – Otwarcie, także w pracy, mówię o Chrystusie, staram się o Nim świadczyć. Moi koledzy z Urzędu wiedzą, że przyjechałam tutaj, żeby się modlić, i to akceptują.

      Uważa, że ewangelizacja to także upominanie, kiedy widzi się, że ktoś z kolegów wpada w grzech. Raz zaczęła uświadamiać kolegę ze studiów, który palił trawkę i dziwił się, że jego dziewczyna ma z tym problem. „Uważam, że uciekasz od rzeczywistości, że wchodzisz w uzależnienie” – zwracała mu uwagę. Widziała, że nie jest mu to w smak, ale starała się go przekonać.

      – Wśród naszych znajomych są niewierzący – mówi Michał Gierycz. – Jedno z tych małżeństw podziwiam za sposób, w jaki wychowują dzieci, jak potrafią jednocześnie być stanowczy i szanować ich wolność. – Odkrywamy, że ludzie spoza Kościoła dają nam szansę nawrócenia. Z drugiej strony oni też widzą, że Bóg jest w centrum naszego życia. Wspólnota wytycza nam drogę – jest pewna Ewa Macała. – Razem łatwiej iść.

      Artukuł z GN 31/2014

    • Znajomi mówią, że to był cud

      Jan Paweł II od początku pontyfikatu zachwycał cały świat, ale i po swojej śmierci nadal go zachwyca. Pokazał, jaki jest sens ludzkiego życia. Ukazywał, że świętość jest osiągalna dla wszystkich. "Nie lękajcie się być świętymi!" - zachęcał. Uczył i nadal uczy świętości, prowadzi do niej, wskazując na miłość Boga i człowieka.

      Nieznane i zaskakujące wspomnienia tych, którzy go znali i z nim się spotykali, opisują jego życie i stanowią książkę Krzysztofa Tadeja (TVP) - "Uczył świętości".
       
      Artykuł z Niedziela 2014
      Krzysztof Tadej: Moją rozmówczynią jest Rosjanka, która urodziła się 2 września 1938 r. we wsi Riazanowka w Baszkirii. Mieszka w Kałudze. Jest inżynierem mechanikiem. Pracowała jako kierownik zmiany w miejskiej elektrowni cieplnej. Oprócz wyższego wykształcenia technicznego zdobyła wykształcenie humanistyczne na uniwersytecie.

      Nadieżda Malcewa: Wie Pan, minęło już 12 lat, a ja wciąż żyję wspomnieniami z pobytu we Włoszech. Ten okres był piękny jak sen.

      A wcześniej?

      Wcześniej moje życie było jednym wielkim cierpieniem. I nagle coś takiego mnie spotkało...

      Kiedy dowiedziała się Pani, że istnieje Watykan? I że tam jest Jan Paweł II?

      O Watykanie słyszałam jeszcze w szkole. Mówiono, że jest to taki mały kraj na terenie Włoch. A potem, po latach, usłyszałam, że mieszka tam miłosierny Jan Paweł II.

      Zacznijmy od początku - od Pani choroby.

      Urodziłam się z rzadkim zespołem wad wrodzonych, nazywanym zespołem Sturge’a-Webera. Moja twarz była jedną wielką plamą. Na twarzy rozwijał się nowotwór, miałam też jaskrę. Choroba sprawiła, że prawie przestałam widzieć. Do tego byłam nieprawidłowo leczona. Lekarze źle leczyli moje oczy, rozszerzali mi naczynia, a na twarzy ciągle rósł nowotwór. Następowały niekorzystne zmiany w gardle, w nosie i drogach oddechowych. Coraz częściej się dusiłam. W Rosji zwracałam się do różnych lekarzy, ale nikt nie potrafił mi pomóc. Tak naprawdę powoli umierałam. Uważałam, że jedyną moją szansą jest leczenie za granicą. Wiedziałam, że we Włoszech są instytuty medyczne, które specjalizują się w takich chorobach. Zaczęłam zbierać pieniądze na wyjazd. Chodziłam do fabryk, przedsiębiorstw, zwracałam się do znajomych. Zebrałam jednak zbyt mało, nie wystarczyłoby nawet na bilet.

      I postanowiła Pani skontaktować się z Janem Pawłem II.

      Dowiedziałam się, że w Kałudze znajduje się parafia rzymskokatolicka, w której pracują polscy franciszkanie. Chciałam, żeby pomogli mi w nawiązaniu kontaktu z Janem Pawłem II. I wszystko udało się tak, jak sobie wymarzyłam. Miałam wtedy 64 lata, to był rok 2002.

      Napisała Pani list do Papieża?

      Wcześniej opowiedziałam o swojej tragicznej sytuacji o. Bogdanowi. I on postanowił mi pomóc. Napisałam list do Jana Pawła II w języku rosyjskim, opisując moją chorobę, prosząc o umożliwienie leczenia w Rzymie i pieniądze, bo jestem samotna i biedna. Napisałam też, że jestem osobą prawosławną. Poprosiłam księży, żeby przetłumaczyli list na język włoski, ale zdecydowali, że przetłumaczą na język polski, bo przecież Jan Paweł II jest Polakiem. I wysłali go pocztą elektroniczną, a także pocztą dyplomatyczną wraz z dokumentacją medyczną.

      Szybko dostała Pani odpowiedź?

      Błyskawicznie. Już po miesiącu Jan Paweł II odpisał po polsku, że Watykan skontaktował się ze specjalistycznym instytutem medycznym, w którym już na mnie czekają. W liście było też zapewnienie, że wszystkie wydatki związane z podróżą, wyżywieniem, leczeniem i półrocznym pobytem we Włoszech zostaną pokryte przez Watykan.

      Była Pani zaskoczona?

      Bardzo się ucieszyłam i oczywiście byłam zdziwiona i zaskoczona. Wcześniej podchodziłam do tego z rezerwą. Zresztą nie tylko ja. Nawet zakonnicy, którzy mi pomagali, też do końca nie wierzyli, że to się uda. Później dowiedziałam się, że każdego dnia Jan Paweł II dostawał minimum 10 worków listów z całego świata. Były to listy, w których biedni, potrzebujący ludzie prosili go o pomoc. I z tych 10 worków listów Papież wybrał właśnie mój. Zanim dostałam odpowiedź z Watykanu, wszyscy się ze mnie śmiali i pytali, czy naprawdę liczę na taką pomoc. Potem wszyscy się dziwili i pytali: "Jak ci się to udało?". Sama też zadawałam sobie pytanie: "Dlaczego ja?". Przecież nie jestem żadną wybitną osobą. Jestem biedną kobietą, cierpiącą przez całe życie. Teraz jestem przekonana, że pomógł mi Bóg.

      Później zaczęło się przygotowanie do wyjazdu do Rzymu.

      Księża z parafii w Kałudze przetłumaczyli list z Watykanu na język rosyjski i zawieźli go do Moskwy. Potem wyrobili wizę, ustalili, kto ma mnie odebrać w Rzymie, i odprowadzili na lotnisko. Po wylądowaniu czekał na mnie o. Konrad Hejmo, dyrektor Domu Pielgrzyma, w którym zamieszkałam. To wspaniały człowiek. Bardzo się mną opiekował, osobiście zawoził na konsultacje i operację do instytutu, gdzie się leczyłam. Blisko współpracował z Papieżem. W każdą środę informował Jana Pawła II o postępach w moim leczeniu. W czasie pobytu w Rzymie napisałam do Papieża cztery listy. Dokładnie opisywałam: kto mnie leczy, w jaki sposób jestem traktowana, z jak ogromną życzliwością odnoszą się do mnie siostry zakonne, o. Konrad i tłumaczka, pani Lidia, dzięki której mogłam swobodnie się porozumiewać. Pisałam, w jaki sposób wydawane są pieniądze, które dostałam z Watykanu na leczenie. Po tych listach Papież wysłał telegram do dyrektora instytutu z podziękowaniami dla niego i lekarzy za opiekę. Telegram zrobił na wszystkich ogromne wrażenie. Pamiętam, że pracownicy całego instytutu zebrali się w sali konferencyjnej, gdzie telegram został odczytany. Po tym spotkaniu został oprawiony w ramki i powieszony na ścianie.

      Jak przebiegało Pani leczenie?

      Pierwsza operacja odbyła się 10 maja 2002 r. O. Konrad przekazał mi informację, że tego dnia Jan Paweł II odprawił Mszę św. w mojej intencji w letniej rezydencji w Castel Gandolfo. Operacja trwała ponad 5 godzin. Zniosłam ją bardzo dobrze, obeszło się bez bólu. Podczas drugiej operacji Papież również modlił się za mnie.

      Spotkała się Pani z Papieżem?

      Na początku mojego pobytu w Rzymie powiedziano mi, że w każdym momencie mogę spotkać się z Janem Pawłem II. Zdecydowałam jednak, że stanę przed obliczem Papieża dopiero po operacji, kiedy mój stan się poprawi i będę trochę lepiej wyglądała. Tak też się stało. Pojechałam do niego 8 września 2002 r. razem z moim profesorem, z lekarzem dermatologiem i tłumaczką.

      O co pytał Panią Jan Paweł II?

      Pytał mnie, jak byłam leczona, jak byłam traktowana, czy wszystko mi się podobało. Spytał też o moje wykształcenie, a na koniec, czy mam jeszcze jakieś prośby i życzenia. Przez cały czas uważnie na mnie patrzył. Muszę przyznać, że byłam bardzo zdenerwowana, nawet zszokowana, że spotykam się z tak ważną osobą. Klęczałam przed Papieżem i wydawało mi się, że ten człowiek już za życia jest świętym. Czułam jego szczególną energię, która na mnie oddziaływała. Byłam zagubiona i dopiero tłumaczka podpowiedziała mi, żebym podała rękę Papieżowi, który wyciągnął rękę, a ja ją ucałowałam. Jan Paweł II dał mi prezent - różaniec w pudełku.

      Wszystko to zostało uwiecznione na zdjęciach, które mam przed sobą. Dla mnie to bezcenna pamiątka. Podczas spotkania Papież powiedział, żebym zwracała się do niego, jeśli będę potrzebowała jakiejkolwiek pomocy.

      Po kilku miesiącach leczenia wróciła Pani do domu.

      Zwróciłam się do gubernatora i opowiedziałam mu o Janie Pawle II. Wcześniej gubernator mi nie pomógł, ale po tym, co ode mnie usłyszał, chciał naprawić swój błąd i w jakiś sposób podziękować Papieżowi. Gubernator Anatolij Artamonow wysłał list otwarty do Papieża z podziękowaniami za moje leczenie w Rzymie. I od tamtej pory na każde święta i urodziny Jana Pawła II wysyłał życzenia w imieniu całego rejonu. Papież odpowiedział telegramem z pozdrowieniami i w taki sposób poznałam gubernatora z Papieżem!

      W 2011 r. w Kałudze zorganizowała Pani specjalną wystawę.

      Chciałam oddać hołd Janowi Pawłowi II. Zebrałam wszystkie pamiątki, zdjęcia, książki w języku rosyjskim, które mi podarował, i przygotowałam wystawę w miejscowej bibliotece. Wystawa została otwarta 18 maja, z okazji urodzin Papieża. W tym samym czasie obchodziliśmy Rok Kultury Włoskiej, przyszło wiele ważnych osobistości. Nagrania z wystawy wysłałam do Watykanu, już do papieża Benedykta XVI. Napisałam, że nigdy nie zapomnę tego, co zrobił dla mnie jego Poprzednik. Później otrzymałam list z Moskwy, w którym przedstawiciele Kościoła katolickiego przesłali podziękowania w imieniu Benedykta XVI.

      Jak zareagowali ludzie, których Pani znała, na pomoc Jana Pawła II?

      Niektórzy mówią, że zmieniłam wiarę i że skuszono mnie, żebym przeszła na katolicyzm. Ale to nieprawda. Nic z tych rzeczy. Pozostałam wyznania prawosławnego. Nikt mnie nie nakłaniał do zmiany wiary. Oczywiście, utrzymuję bliski kontakt z katolikami, przyjaźnię się z nimi, chodzę na uroczystości, Msze św. Parafia rzymskokatolicka pomaga mi, jak może. Katolicy pomagają mi w zakupach, przywożą je do domu. Pomagają mi też wychodzić z domu, bo bardzo słabo widzę.

      Czy teraz Pani czegoś potrzebuje?

      Warunki życia mam normalne. Mieszkam w 2-pokojowym mieszkaniu. Jestem samotna, nie mam rodziny. Ale wszystko mam.

      Gdy myśli Pani o Janie Pawle II...

      ...to myślę, że Bóg zesłał mi tego człowieka. Bóg odpowiedział w ten sposób na moje cierpienie. Przypomnę, że w 2002 r. umierałam. A dzisiaj żyję, i sprawił to Jan Paweł II. Moi znajomi mówią, że to cud.

       

      *Ci, którzy mogli spotkać się z Janem Pawłem II twarzą w twarz (m.in.: ks. Kazimierz Przydatek SJ, o. Gabriele Amorth, ks. prof. Stanisław Olejnik, s. Janina Chmielińska USJK, ks. Eugeniusz Makulski MIC, Nadieżda Malcewa i inni), uważali go od zawsze za świętego. Ich wypowiedzi, wspomnienia zawarte w tej książce (12 wywiadów) ukazują, jak niezwykłe było jego życie, jak jego świętość oddziaływała na innych i jak wyrażała się na różny sposób w jego życiu jako ucznia, poety, aktora, robotnika, księdza, profesora, biskupa, kardynała, a w końcu - papieża.

      Artykuł z Niedziela 2014
    • Wróciliśmy do domu

      O murze uprzedzeń, Duchu Świętym mówiącym przez drzewa i o strachu przed papieżem opowiadają Birgitta i Ulf Ekman (Pastor Ulf Ekman jest założycielem jednego z największych Kościołów charyzmatycznych w Szwecji. 21 maja, razem z żoną, wstąpił do Kościoła katolickiego). Rozmawiała: Weronika Pomierna
       
      Artykuł z GN 22/2014

      Weronika Pomierna: Wasza decyzja o chęci wstąpienia do Kościoła katolickiego wywołała spore poruszenie. Jak przyjęto ją w kościele Livets Ord (Słowo Życia)?

      Ulf Ekman: Staraliśmy się przygotować na to wiernych. Rok temu zrezygnowałem z pełnienia funkcji głównego pastora. Dla większości ludzi było to jednak ogromne zaskoczenie, prawdziwy szok. Większość nadal nie rozumie naszej decyzji, ale odnosi się do niej pozytywnie. Są też tacy, którym ona się nie podoba, oraz mała grupa otwarcie wyrażająca swoją krytykę. To osoby, które boją się, że do Livets Ord będą przemycane katolickie treści. Mówię im, że nie można wprowadzić słonia do sklepu i łudzić się, że nikt go nie zauważy. Birgitta Ekman: Wiele osób mówiło nam, że spodziewały się, iż pewnego dnia zdecydujemy się na ten krok. Kościół Livets Ord ma już 30 lat. Przez ponad połowę tego czasu mąż podkreślał, jak ważna jest jedność chrześcijan. Mówienie o jedności oznacza, że w pewnym momencie trzeba zająć stanowisko wobec Kościoła katolickiego. Nasz najmłodszy syn Benjamin, który robi doktorat z teologii, został katolikiem w zeszłym roku.

      Nie mieliście najlepszego zdania o katolikach…

      U.E.: W protestanckiej Szwecji dominuje negatywne do nich nastawienie. W ciągu ostatnich kilku lat na rynku pojawiły się książki napisane przez byłych katolików, którzy krytykują Kościół katolicki, cytując fragmenty z jego katechizmu wyrwane z kontekstu. Brzmią bardzo przekonująco dla kogoś, kto nie zna tego Kościoła. Obracaliśmy się w środowisku ewangelikalno-charyzmatycznym. Panuje tam duża otwartość, ale nie jest ono zbyt przychylnie nastawione do katolików. Do tego dochodzi negatywny obraz katolików, który kreują media.

      Pan Bóg musiał skruszyć wiele murów?

      U.E.: Mieliśmy wiele uprzedzeń wobec katolików, podobnie jak przeciętni Szwedzi mają wiele uprzedzeń wobec ludzi z Livets Ord. Gdy w latach 80. zakładaliśmy Kościół charyzmatyczny, Szwecja była jednym z najbardziej zsekularyzowanych państw na świecie. My mówiliśmy nie tylko o tym, że Bóg czyni cuda i przemienia ludzi. Informacja, że zły duch istnieje naprawdę, była dla wielu ludzi szokująca. Wtedy zaczęto nas atakować w mediach. Wiele osób było szykanowanych w pracy za przynależność do Livets Ord. Mieli problemy z awansem, odnoszono się do nich z pogardą. Ktoś umieścił przy naszym domu ładunek wybuchowy. Skrzynka na listy rozpadła się w drobny mak. Próbowano zmarginalizować Livets Ord. Pisano, że jesteśmy sektą. Podkreślaliśmy, że należymy do ciała Chrystusa tak samo jak inni chrześcijanie i chcemy być jak najbliżej Niego. Gdy o. Raniero Cantalamessa przemawiał w 2009 r. w Sztokholmie na spotkaniu Jesusmanifestationen, porównał chrześcijan poszczególnych Kościołów do punktów umieszczonych w różnych miejscach okręgu. Jeśli przyjmiemy, że Chrystus jest w środku tego okręgu, to chrześcijanie zbliżając się do Niego, przybliżają się też do siebie nawzajem. My, starając się zbliżyć do Jezusa, odkryliśmy Kościół katolicki.

      Jak do tego doszło? W Szwecji niełatwo spotkać katolików.

      U.E.: To prawda. Jeśli obracasz się w kręgach protestanckich, to bardzo rzadko ich widujesz. Siostry zakonne widziałem tylko na pocztówkach (śmiech), nigdy w rzeczywistości. W 2002 r. przyjechaliśmy do Jerozolimy, aby założyć ośrodek edukacyjny Livets Ord. Spędziliśmy tam 3 lata. Na początku przeżyliśmy szok kulturowy. Ilu katolików! Zwłaszcza w Ein Karem, gdzie urodził się Jan Chrzciciel. Gdzie się nie obrócisz – katolicy. Dołączyliśmy do charyzmatycznej grupy modlitewnej, której połowę stanowili katolicy. Jak oni się modlili! To było coś zupełnie nowego. Pewnego dnia wybrałem się na spacer. Gdy szedłem doliną, zobaczyłem stare drzewo oliwne w opłakanym stanie. Zatrzymałem się i wtedy usłyszałem w sercu słowa: – Spójrz na to drzewo. Jest martwe, nieprawdaż? Spojrzałem na nie szybko i przytaknąłem. Nadawało się do ścięcia. – Spójrz uważnie, usłyszałem po raz kolejny.

      Co zobaczyłeś?

      U.E.: To drzewo tylko z daleka wydawało się umarłe. Na gałązkach było pełno młodych liści. I wtedy usłyszałem: – Nigdy nie mów o kimś, że jest martwy. Nigdy! Zrozumiałem w tym momencie, że głos, który słyszałem, to Duch Święty. Pouczał mnie, żebym nie mówił o Kościele i jego ludziach, że są bez życia. Czasem zbyt łatwo krytykujemy tych, którzy nie są tak charyzmatyczni jak my, patrzymy na nich z góry. To wielka pycha. Pobyt w Jerozolimie bardzo nas zmienił. W tym czasie dużo podróżowaliśmy. Zaczęliśmy zabierać do samolotu literaturę katolicką. Czytaliśmy ją nie z zamiarem, aby konwertować, ale aby zrozumieć katolików. B.E.: Uświadomiliśmy sobie, że sami patrzymy na Kościół katolicki przez pryzmat uprzedzeń. Czytaliśmy antykatolickie książki i nasiąkaliśmy atmosferą niechęci wobec katolików. Nie znaliśmy prawdziwego Kościoła katolickiego. Stwierdziłam, że to niesprawiedliwe. Muszę przeczytać, co naprawdę mówi Kościół katolicki, zanim go ocenię. Gdy w gazetach krążyły nieprawdziwe historie na temat Livets Ord, chciałam przecież, żeby ludzie sięgnęli po książki męża i sami zobaczyli, o czym mówi na kazaniach.

      Jaka była Wasza pierwsza reakcja?

      B.E.: Byliśmy zarówno wstrząśnięci, jak i oczarowani. Gdy zobaczyłam te wszystkie pozytywne rzeczy, pomyślałam: dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? To było jedno pozytywne zaskoczenie za drugim. Pojednanie między ludźmi, uzdrowienie, wiara w cuda, to wszystko jest w Kościele katolickim tak silnie wyrażone, a my o tym nie wiedzieliśmy! Gdy to odkryliśmy, zaczerwieniliśmy się ze wstydu z powodu naszej niewiedzy. Byliśmy zaskoczeni prowadzeniem Ducha Świętego. Pojechaliśmy przecież do Jerozolimy w zupełnie innym celu. U.E.: W Jerozolimie poznaliśmy też Żydów mesjanistycznych oraz w 2003 r. uczestniczyliśmy w uroczystości wyświęcenia na biskupa pomocniczego ojca Jeana-Baptiste Gouriona. Jan Paweł II chciał, żeby ten, który przeszedł z judaizmu do Kościoła Rzymskokatolickiego, został biskupem pomocniczym dla katolików posługujących się językiem hebrajskim na terenie Patriarchatu Jerozolimskiego. Gdy skończył kazanie, powiedział: – Wróciliśmy do domu. Gdy to usłyszeliśmy, dostaliśmy gęsiej skórki.

      Jako pastor Livets Ord dość mocno krytykowałeś Kościół katolicki i papieża.

      U.E.: Gdy Jan Paweł II w 1989 r. miał przyjechać do Szwecji, zorganizowałem specjalną modlitwę, w czasie której prosiliśmy o ochronę, aby Szwecja pozostała protestancka. Stwierdziłem, że skoro już musi przyjechać, to niech głosi słowo Boże, ale niech nie głosi żadnych katoli- ckich kazań. Byłem bardzo krytyczny. To pokazuje, że jeśli ja mogłem zmienić zdanie na temat katolików, to naprawdę każdy może to zrobić. W październiku 1999 r. pojechaliśmy do Włoch na wakacje. Byliśmy też w Rzymie, i to właśnie wtedy Jan Paweł II ogłosił katolicko-luterańską deklarację o usprawiedliwieniu! Dokonał tego papież, którego tak nie chciałem w Szwecji! Gdy usłyszałem o tym, zawstydziłem się i od razu kupiłem biografię Jana Pawła II napisaną przez George’a Weigela. Czytałem ją, a z każdą stroną było mi coraz bardziej wstyd. Jak niewiele wiedziałem o papieżu. Wiem od jednego z biskupów, że on codziennie modlił się za Szwecję! Gdy kilka lat temu dziennikarz zapytał mnie, czego najbardziej żałuję, jeśli chodzi o Livets Ord, odpowiedziałem, że żałuję tego, że zupełnie przegapiłem Jana Pawła II. Był zszokowany moją odpowiedzią. Papież był tym, który przyciągnął nas. To prawdziwa ironia, że ja modliłem się, żeby Bóg chronił nasz kraj przed nim.

      Podkreślasz, że wiele zawdzięczacie też karmelitom.

      U.E.: Nie rozmawialibyśmy dziś na taki temat, gdyby nie biskup Szwecji Anders Arborelius i o. Wilfrid Stinissen, który w latach 60. przyjechał z Belgii. Gdy po raz pierwszy usłyszałem bp. Andersa w 1999 r., pomyślałem: jaki cudowny Boży człowiek! Fantastycznie, że Szwecja ma takiego biskupa! Pojawił się, gdy doświadczaliśmy kryzysu, jeśli chodzi o przywódców duchowych w Szwecji. Padały liberalne wypowiedzi, które zasmucały chrześcijan. A biskup Anders ma mocną, żywą wiarę. Do tego potrafi jasno, ale też z miłością mówić o rzeczach trudnych. Kilka lat temu zaprosiliśmy go do Livets Ord. Ludzie byli nim zachwyceni. Bp Anders jest pierwszym Szwedem, który zamieszkał w klasztorze o. Stinissena. B.E.: Wiele razy odwiedzaliśmy o. Stinissena. Był taki miły. Nakrywał sam do stołu, robił nam herbatę. Uśmiechał się do nas szelmowsko i mówił z belgijskim akcentem. – Znowu przyjechaliście, przyjeżdżacie tu do nas i przyjeżdżacie. Czuł, że coś się w nas zmienia. Po jakimś czasie powiedzieliśmy mu, że czujemy, że Bóg powołuje nas do powrotu do Kościoła katolickiego. To od niego dostałam pierwszą książkę o Maryi, którą czytałam w Jerozolimie.

      21 maja wstąpiliście oficjalnie do Kościoła katolickiego. Czy to oznacza, że zostaniesz katolickim księdzem?

      U.E.: Nie wiem, musiałbym pewnie przejść odpowiednią formację. Na razie przyjęliśmy bierzmowanie. W czerwcu weźmiemy udział w katolickim spotkaniu charyzmatycznym dla 50 tys. osób, które odbędzie się w Rzymie. Jedziemy tam jako zwykli uczestnicy i katolicy.

      Artykuł z GN 22/2014

    • Zwiałam z obozu koncentracyjnego

      O zabójczej mocy magii, wróżb i horoskopów oraz leczącej sile Koronki do Miłosierdzia Bożego z Patrycją Hurlak, popularną aktorką i najsłynniejszą „ekswiedźmą” Rzeczypospolitej rozmawia Marcin Jakimowicz
       
      [Artykul z GN 18/2014]

      Marcin Jakimowicz: Patrycja Hurlak staje przed grupą zblazowanych gimnazjalistów i zaczyna opowieść. Chcą słuchać?

      Patrycja Hurlak: Chcą. Nawet jeśli nie chcą przez pierwsze trzy minuty, to potem już zaczynają…

      To co takiego mówisz w trzeciej minucie?

      Mówię wprost: „Słuchajcie, moi drodzy, nie przyjechałam tu, by się wam przypodobać. Przyjechałam, bo gdy byłam w waszym wieku, nigdy żadna taka małpa jak ja nie przyjechała do mojej szkoły i nie powiedziała, że idę drogą na śmierć”.

      Ostro…

      Ostro. Ale według Księgi Ezechiela mam obowiązek przestrzegania przed pułapkami magii. Jeśli tego nie powiem, sama będę obarczona winą.

      Idziesz do telewizji śniadaniowej i bez owijania w bawełnę wypalasz: magia, talizmany, czary, amulety są złem. Nie przeszkadzają ci dyskretne szydercze uśmieszki prowadzących program?

      Nie. Święty Paweł przypomina: nieważne, co mówią, ważne, że Chrystus jest głoszony. Po wydaniu książki „Nawrócona wiedźma” niemal wszystkie portale plotkarskie próbowały mnie wyszydzić. A robiąc to, cytowały najważniejsze zdania książki, a nawet sam kerygmat. (śmiech) Jak mogłam się z tego nie cieszyć? A wracając do rekolekcji dla szkół (w Wielkim Poście byłam non stop w trasie), jeszcze nie zdarzyło się, by gdziekolwiek ktoś potraktował mnie tak, jak ja kiedyś traktowałam swych katechetów. Nikt mnie nie przebił. Byłam naprawdę niezłą zawodniczką.

      Miałaś alergię na księży?

      Straszną! Mówię młodym na rekolekcjach: gdyby wasz ksiądz katecheta kilka lat temu zadzwonił do mnie i powiedział: „Pani Patrycjo, będzie pani głosiła u nas rekolekcje”, odpowiedziałabym od razu: „Czy widzi ksiądz ścianę naprzeciwko siebie? Tak? To proszę się rozpędzić i huknąć w nią głową. Może coś się w niej poprzestawia”. Wiesz, jakie rzucałam hasła, przejeżdżając przez Częstochowę? „Jedna bombka wystarczy, będzie mniej tego katolickiego motłochu”. Jednak, jak widać na załączonym obrazku, Pan Bóg ma poczucie humoru. Dziś jestem świadkiem Jego miłosierdzia.

      W aktorskim światku obowiązuje dyplomacja. Rzadko zdarza się, by ktoś mówił tak bezkompromisowo jak Ty. Kumple nie patrzą na Ciebie jak na wariatkę?

      Pewnie niektórzy patrzą. Na rekolekcjach mówię ludziom wprost: czytanie horoskopów jest występowaniem przeciwko pierwszemu przykazaniu. Jak możecie po czymś takim przystępować do Komunii? Wielu ludzi jest oburzonych.

      Trzaskają ostentacyjnie drzwiami?

      Zdarza się. U starszych. Młodzi reagują inaczej. Słuchają, chłoną

      Moi znajomi, którzy przeszli podobną do Twojej drogę, mówią, że w ezoteryzmie, magii pociągało ich poczucie władzy nad innymi. Naprawdę tak to działa?

      Jasne! Masz poczucie władzy, wyższości, wyjątkowości. Tyle że to jest pozorne, złudne. „Zamawiałam” jedną konkretną rzecz i ją dostawałam. Nie zauważałam jedynie, że był tam też „załącznik” oznaczony gwiazdką.

      U kogo zamawiałaś?

      Naprawdę nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że wykorzystuję do tego „czarnego”. Katecheci cieszyli się, że sporo z nimi dyskutuję i jestem aktywna na lekcjach. Nie interesowali się, skąd mam taką wiedzę.

      Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że masz władzę nad innymi?

      Już jako dziecko byłam niezwykle otwarta na duchową rzeczywistość. Wiedziałam, że mogę spokojnie rozmawiać sobie ze zmarłymi. Jako przedszkolak nie rozumiałam, czemu wszyscy rozpaczają po śmierci babci. Czułam, że ona siedzi w pokoju obok. Gdy jako czterolatka siedziałam w łóżeczku pół metra od łóżka rodziców, nie mogłam do nich wyciągnąć ręki, bo „coś” mi przeszkadzało. Oswoiłam się z tym, że obok mnie jest inny świat.

      Kiedy po raz pierwszy postanowiłaś, że chcesz komuś zrobić krzywdę? Rzucić jakiś urok, klątwę?

      Już w podstawówce. Wszystko zaczęło się od jednej przeklętej książki. Stawiałam już sobie karty, otaczałam się amuletami, magicznymi przedmiotami, korespondowałam z wróżkami. I wówczas pewien dorosły człowiek podarował mi swój podręcznik do czarnej magii. Nie zdradzam nazwy tej książki, by nie robić jej reklamy, choć młodzi na rekolekcjach droczą się ze mną i ciągną mnie za język. (śmiech) Wpadłam w magię po uszy. Zdarzało się, że książka spadała z półki i „przypadkowo” otwierała się na zaklęciu, którego akurat potrzebowałam. Taka jazda.

      Sprawdzało się w praniu?

      Zazwyczaj tak. Tyle że był też bonus – wspomniana przeze mnie „gwiazdka”.

      Małym druczkiem?

      Maleńkim. Niemal niewidocznym. Bonusem był porażający lęk. Bałam się nieustannie. Od zawsze. Odkąd sięgam pamięcią, trzęsłam się ze strachu. Moja ciemność nigdy się nie rozjaśniała. Gdy wyłączali prąd, byłam sparaliżowana i pozostawałam nieruchoma na krześle, bojąc się drgnąć. Nie ruszałam się z miejsca. Związane z magią puzzle zaczynały się układać w jakiś obrazek. Dlaczego miałam temu nie zaufać? Od dziecka marzyłam o tym, by mieszkać w Warszawie. Gdy pojechałam do niej jako siedmiolatka na wycieczkę, poczułam się u siebie. Demon rzucił wędkę, a ja połknęłam haczyk. Ponieważ wierzyłam w reinkarnację, byłam przekonana, że w poprzednim wcieleniu żyłam w czasach powstania warszawskiego. Gdy po latach trafiłam do świeckiego pseudoegzorcysty, wykorzystał tę rzeczywistość (mimo że nie pisnęłam mu o niej ani słówka). Potwierdził, że zginęłam w powstaniu, gdy mając dwanaście lat, rzucałam koktajlem Mołotowa. Opisał szczegóły, detale…

      Gdy stawiałaś karty, lęk na chwilę znikał?

      Nie. Nigdy mi nie przechodziło. Nie boję się dopiero od czasu, gdy spotkałam Jezusa. Dopiero On zabrał mi lęk. Zapłaciłam bardzo wysoką cenę za to, że od dziecka wiedziałam, że jest obok mnie inny świat. Już jako mała dziewczynka napisałam opowiadanie: „Anette: córka króla demonów i duchów”. Było o mnie: o małej księżniczce, która zostawiła dom swych rodziców i została wciągnięta do jeziora, gdzie szatan wytłumaczył, że jest jego córką…

      No, nie są to „Dzieci z Bullerbyn”…

      Oj, nie. (śmiech) Mama była bezradna: nie miała łaski wiary, nie wiedziała, w co pakuje się jej córka. Skąd biedna miała o tym wiedzieć, skoro wyrosła w domu, w którym nie mówiło się o Bogu?

      Kiedy magiczne puzzle zaczęły się rozsypywać?

      Gdy złożyłam „zamówienie” na faceta. Dokładnie opisałam, jak ma wyglądać. I spotkałam takiego człowieka… na drugi dzień. Związałam się z nim. Nie wiedziałam, że dzięki temu lada chwila rozbiję się o ścianę. Okazał się alkoholikiem, narkomanem, osobą strasznie poranioną (dziś błagam wszystkich o modlitwę za niego). Rozpoczął się koszmar. Domino zaczęło się rozsypywać, poszła lawina. Nie wiedziałam, jak wyjść z tego bagna. Co kolejnego „zamówić”? Jakim zaklęciem zwalczyć poprzednie zaklęcie? Błędne koło. Przeraziłam się: przestałam kontrolować swe życie. I wówczas siedząc w domu, zawołałam po raz pierwszy od lat do Pana Boga.

      I nie była to modlitwa ze „Skarbczyka”...

      Nie. (śmiech) Krzyknęłam w niewybrednych słowach: „Powiedz mi, co do cholery się dzieje?”. I odpowiedział. Od razu. Podesłał mi w ciągu tygodnia czterech proroków, dziś tak ich postrzegam. Dwójka z nich powiedziała konkretnie: „Musisz zwiewać”, dwoje pozostałych, usłyszawszy o moich magicznych ciągotach, powiedziało: „Słuchaj, my byliśmy tacy sami. Też rzucaliśmy uroki, wróżyliśmy z kart. Jest pewna modlitwa, której diabeł się naprawdę boi”. I opowiedzieli mi o Koronce do Bożego Miłosierdzia. Gdy zaczęłam modlić się tą koronką, człowieka, z którym mieszkałam, zaczęło rzucać. Dostał furii, stał się niesamowicie agresywny. Uciekłam. I już nie wróciłam. Odkurzyłam swój różaniec z Pierwszej Komunii, przypomniałam sobie czasy, gdy jako dziewczynka przesiadywałam w kościele w Świdnicy i rozmawiałam z Jezusem jak z bratem… Zaczęłam tęsknić za tymi chwilami. Spotkałam pewnego księdza. Wysłuchał mojej historii i powiedział: „Jeśli wpuścisz do swego życia Jezusa, wszystko się zmieni. Ale będzie to też oznaczało demolkę, totalne przemeblowanie”. I, co tu dużo gadać, miał rację. Zaczął się Armagedon. Na szczęście rozłożony na raty. Wystarczy powiedzieć, że po egzorcyzmie, o którym zaraz opowiem, straciłam 90 procent znajomych, pracę. Wprosiłam się na modlitwę o uwolnienie do Magdalenki i po tej modlitwie byłam już w stanie wejść do kościoła. Tyle że gdy wychodził do Mszy kapłan, reagowałam agresywnie. Rodziły się we mnie potworne bluzgi. Zły nie dawał za wygraną. Zaczął o mnie walczyć. Przeżyłam mnóstwo zawirowań, o których wspominam szczegółowo w książce.

      Jak trafiłaś do pseudoegzorcysty?

      Byłam zdesperowana. Znajomi, którzy opowiedzieli mi o koronce, rzucili: „Słuchaj, nasz egzorcysta chce się z tobą skontaktować”. Ufałam im, byłam kompletnym świeżakiem w wierze, nie wiedziałam, że egzorcystą może być jedynie wyznaczony przez biskupa kapłan. Mój pseudoegzorcyzm odbył się przez telefon. Musiałam za niego słono zapłacić. Ten człowiek znał wiele historii z mojego dzieciństwa, najintymniejszych rzeczy, których nikomu nie opowiadałam! O powstańcu warszawskim, o klątwach, które rzucałam. To mnie rozbroiło. Nie wiedziałam wówczas najważniejszego: demon zna naszą przeszłość, ale nie ma bladego pojęcia o przyszłości! On nie zna naszej przyszłości! Chodzenie do wróżek to naprawdę strata czasu i kasy. Jedynie Bóg zna naszą przyszłość.

      Ten człowiek egzorcyzmował Cię, przywołując imię Jezusa?

      Tak. A jednocześnie z ogromną pogardą wypowiadał się o księżach. Przestrzegał mnie surowo przed tą „bandą zboczeńców”. Jezus na szczęście okazał się silniejszy. Kiedyś trafiłam na Mszę i Bóg mnie rozbroił, otworzył mi serce. Zobaczyłam ludzi idących do Komunii i pękało mi serce. Wróciła tęsknota Pierwszej Komunii. Na rekolekcjach opowiadam młodym o tym w taki sposób: „Wobraźcie sobie, że od dziesięciu lat nie widzieliście swojej mamy. I nagle widzicie, że ona staje pięć metrów obok was. I wszyscy wokół mogą do niej przyjść i się przywitać, a wy nie. Rozwala wam serce!”. Wówczas w tym kościele zawołałam: „Jeśli mnie tu przyprowadziłeś, powiedz, co dalej! Kompletnie nic nie rozumiem!”. Usłyszałam wówczas w sercu: „Jedź do Krakowa”. Zaryzykowałam i pojechałam. Absurdalna sytuacja. Spotkałam się ze znajomym, spacerowaliśmy po Rynku. O 15.00 powiedziałam: „Idę pomodlić się do kościoła Mariackiego”. Popatrzył na mnie jak na kosmitkę: „Zgłupiałaś? Jesteś katoliczką?”. Ale byłam uparta i przestał protestować. (śmiech) Czułam ogromny opór przed spowiedzią, ale w tym kościele miałam wrażenie, że Ktoś wziął mnie za frak i… nagle wylądowałam przy kratkach konfesjonału. Mówię: „Kompletnie nie wiem, po co tu przyszłam”. „Ale ja wiem – usłyszałam głos księdza – ja na panią czekam”. Nie pamiętam tej spowiedzi. Wiem, że była długa i, co najważniejsze, dostałam rozgrzeszenie. Ksiądz powiedział, że Zły nie da za wygraną, i zalecił mi praktykowanie pierwszych piątków.

      I był rykoszet?

      Był. Świecki „egzorcysta” się wściekł. Zaczął mnie prześladować telefonami, SMS-ami. To był zmasowany atak. Wszystko ustąpiło dopiero, gdy znajomi zaczęli się modlić, a księża odprawiali w tej intencji Msze. Ustąpiło…

      Pamiętasz tę swoją nową „Pierwszą Komunię”?

      Nie zapomnę jej nigdy! Przyjęłam ją już następnego dnia. W katedrze wawelskiej. Powiem ci szczerze: ja się… zakochałam. Po uszy. Zrozumiałam, że przez całe życie sprzedawano mi kłamstwo. Zaufałam wówczas Jezusowi całkowicie. I odtąd każdego dnia widzę, jak zaczął o mnie dbać. O szczegóły, detale.

      Jak trafiłaś do prawdziwego egzorcysty?

      GPS mi zwariował. (śmiech) Wracałam z Wybrzeża do Warszawy, gdy mój GPS nagle zgłupiał i zamiast do domu wyprowadził mnie na… Włocławek. Wylądowałam pod klasztorem. Byłam już gotowa na wszystko. Szepnęłam: „OK. Skoro mnie tu przyprowadziłeś, to wejdę do kościoła”. Kapłan, którego zastałam w środku, okazał się… diecezjalnym egzorcystą. To był ojciec Robert Konik, franciszkanin. Faustyna zaczęła układać rozsypane puzzle. Nie opowiadam nigdy na rekolekcjach o samym egzorcyzmie. To rzeczywistość niezwykle intymna.

      Od razu kamień spadł Ci z serca?

      Nie! Zdziwiłam się, bo wyszłam z kościoła i naprawdę nie czułam, by wydarzyło się coś przełomowego. Żadnej ulgi. Pojechałam do cioci. Egzorcyzm okazał się bombą z opóźnionym zapłonem. (śmiech) Następnego dnia wracałam do Warszawy i poczułam, że wszystko zaczęło mi „odpadać”. Jedna ciemna rzeczywistość po drugiej. Czułam się uwalniana. I w końcu poznałam coś, czego nigdy w życiu nie doświadczyłam. Nawet teraz, gdy o tym mówię, rozklejam się… Poznałam, czym jest pokój serca. Czułam się uwolniona, lekka. Całe życie byłam sparaliżowana lękiem i nie wiedziałam, że istnieje takie uczucie!

      Dlatego teraz, gdy jesteś zapraszana do telewizji, potrafisz o najtrudniejszych chwilach opowiadać z uśmiechem na ustach?

      Tak! Ja czuję, jakbym zwiała z obozu koncentracyjnego, w którym spędziłam trzydzieści lat życia. Nie boję się mówić świadectwa przy pełnych kościołach, przy gimnazjalistach. Trafiłam do wspólnoty. Trochę jej szukałam. Raziło mnie to, że wielu katolików oczekiwało ode mnie na dzień dobry dojrzałej wiary. A ja jestem dzieciak w wierze! Jeszcze niedawno myślałam, że „agapa” to nazwa jakiejś modlitwy. (śmiech)

      Twoi znajomi zgłupieli?

      Tak! Wielu z nich się nawróciło, przystąpiło do sakramentów, weszło do wspólnot. Egzorcystę, którego poznałam we Włocławku, przeniesiono do Warszawy. Przejął wspólnotę Siódmy Rozdział – modlą się w niej osoby, które, jak mówi 7. rozdział Apokalipsy, „przybyły z wielkiego ucisku i obmyły swoje szaty we Krwi Baranka”.

      O, popatrz, nawet jesteś ubrana na biało!

      Widzisz? Nie ma przypadków. (śmiech) Naprawdę czuję, że Bóg prowadzi mnie za rękę. I nie zamienię tego na nic w świecie.

      [Artykul z GN 18/2014]